ŚRODA PODRÓŻNICZKI- Blondynka na azjatyckich tropach

01-03.06.2012   „Tuk Tuk i laotański Paryż”

         Postanowiłyśmy z Alą zrobić sobie prezent na Dzień Dziecka i skoczyć gdzieś na weekend. Padło na Laos. Wykupiłyśmy lot do stolicy Laosu – Vientiane. Po zakwaterowaniu się w hotelu o wymownej nazwie „Nowy laotański Paryż” wyruszyłyśmy na zwiedzanie. Byłyśmy niewyspane i zmęczone więc zmuszałyśmy się do przebierania nogami.
Pierwszą rzeczą, która przyciągnęła naszą uwagę były świątynie buddyjskie w zupełnie innym stylu niż te w Malezji. Te laotańskie nie są kiczowate. Stałym elementem świątynnego kompleksu są przechadzający się wokół mnisi w jaskrawo pomarańczowych szatach. Zamieszkują pobliskie domki. Można ich też spotkać jak chodzą po mieście z równie pomarańczowymi parasolami w ręku. Świątyń w Vientiane jest naprawdę dużo. Są na każdym kroku. Ich pozłacane dekoracje przyciągają wzrok już z daleka.

        Po okolicy krążą też koty i psy. Nie boją się ludzi, nikt ich nie odgania. Widać, że nie są źle traktowane. Laotańczycy ewidentnie lubią psy. Nie raz spotkałyśmy kudłatego pieska wyglądającego jak polski wiejski burek, który siedzi sobie obok sprzedawcy albo jest prowadzony na smyczy. Przez środek miasta przebiega długa i szeroka ulica w formie alei. Na jej środku jest łuk triumfalny rodem z Paryża, udekorowany jednak rzeźbami w stylu lao. Nosi nazwę Patoxai. Został zbudowany na pamiątkę wyzwolenia się spod rządów Francuzów. A to, że jest to łuk triumfalny? To taki azjatycki paradoks. Pieniądze na jego budowę przeznaczyły ponoć Stany Zjednoczone w ramach rekompensaty  za zbombardowanie Laosu w czasie II wojny światowej. Do tej pory na terenie kraju znajduje się cała masa niewybuchów. 

       Można wyjść po schodach na samą górę Patoxai by podziwiać panoramę miasta. „Pola laotańskie” w Vientiane zaczynają się zatem od Pałacu Prezydenckiego za którym jest rzeka Mekong stanowiąca naturalną granicę z Tajlandią, ciągną się do łuku Patoxai i dalej aż do świątyni Pha That Luang.
W pobliżu znajduje się jedno jedyne centrum handlowe, które wygląda raczej skromnie, a w soboty dosyć wcześnie się je zamyka. Weszłyśmy tam na chwilkę. Było piątkowe popołudnie. Jedyną rozrywkę stanowili usadowieni przy komputerach gracze, którzy koncentrowali się nad prostą jak konstrukcja cepa strategią strzelanki. Najlepsze jest jednak to, że siedzieli na scenie, a ich komputery podłączone były do większych ekranów przed którymi zasiadła publiczność złożona zapewne z fanów tego rodzaju rozrywek. Wokół znajdowało się trochę sklepów, ale jakby „niefirmowych”. Przypominało to raczej coś w rodzaju pierwszych marketów w demokratycznej Polsce. Pewnie z racji faktu, że Laos jest państwem komunistycznym (gdzieniegdzie można nawet spotkać flagi z sierpem i młotem i kupić rosyjskie matrioszki) trudno tu o KFC, McDonald i inne gadżety globalizacji. I bardzo dobrze. Kraj nie jest skomercjalizowany, ludzie nie są pazerni tylko spokojnie sobie żyją. 

         Przede wszystkim Laotańczycy to naród uśmiechnięty. Nie widują na co dzień zbyt dużo turystów, chociaż ich liczba powoli rośnie. Nie mają jeszcze w sobie obecnego wszędzie indziej cwaniactwa objawiającego się myśleniem, że skoro ktoś jest turystą to trzeba od niego wyrwać 300 % prawdziwej wartości produktu. Dzieci ciekawsko się nam przyglądały i chętnie rozdawały uśmiechy. Zamiast do supermarketu czy do kina, którego zresztą nie znalazłyśmy, mieszkańcy Vientiane udają się na plac z fontanną obok Patoxai albo idą nad Mekong, gdzie jest deptak oraz ulica pełna kafejek i restauracji w europejskim stylu. Tam można zjeść świeżo grillowaną rybę i warzywa albo pochodzić po setce kramów rozłożonych w pobliżu. 

Żeby coś kupić należy mieć miejscową walutę czyli kipy. Jeden dolar to ok. 8.000 kipów. Można za tą sumę kupić na przykład dwie puszki coca-coli. Laos jest dużo tańszy niż Malezja. Wiele produktów i usług można kupić nawet do czterdziestu procent taniej. Ciągle gubiłyśmy się widząc ceny 100.000 kipów. Chyba dopiero na trzeci dzień oswoiłyśmy się z przeliczaniem i zajmowało nam to mniej niż 5 minut.

         Największą atrakcją była jazda tuk tukiem czyli skleconym z blachy pojazdem ciągniętym na kółkach przez motorower. Wygląda mniej więcej jak skrzyżowanie roweru ze skrzynią z blachy falistej i silnikiem od kosiarki. Niektóre z nich są nawet wyposażone w kosz na śmieci, a w wielu na łączącym konstrukcję dyszlu przy suficie zawieszony jest hamak. Nigdy nie wiadomo kiedy człowieka najdzie ochota na odpoczynek. Hamaki sprzedawane są zresztą na każdym kroku i gdzieniegdzie można spotkać ludzi zajmujących się na co dzień odpoczywaniem od życia. Taki zawód jest potrzebny bo potrzebna jest też równowaga. Do tej pory żałuję, że nie kupiłam hamaku żeby powiesić go w biurze i mieć na czym pić popołudniową kawę. 

Zresztą jak człowiek tak chodzi sobie po Vientiane i obserwuje ludzi to zastanawia się równocześnie nad tym, do czego w życiu potrzebny jest pośpiech. Niektóre narody gonią jak oszalałe: za karierą, za pieniędzmi, a wreszcie z czasem gonią z przyzwyczajenia i w efekcie jest to pościg za niczym. Laos zaś spokojnie, bez pośpiechu… żyje sobie. Sprawy na które nie mamy wpływu i tak się toczą, ludzie co mają zrobić to robią tyle że wolniej, co wcale nie znaczy, że zawsze mniej skutecznie. Wprawdzie kraj nie jest bogaty, ale nie widać po ludziach żeby byli z tego powodu nieszczęśliwi czy załamani. I kto tutaj jest mądrzejszy? Społeczeństwa, które umierają na zawał zanim zdążą nacieszyć się po 30 latach harówki fajnym domem, samochodem i życiem czy te, które wiedzą, że im mają mniej rzeczy, o które trzeba zadbać, tym jest mniej zmartwień na głowie?

To właśnie tuk tukiem wybrałyśmy się następnego dnia pobytu do Parku Buddy. Droga była długa i wyboista, do tego błotnista. Widok dwóch białych dziewczyn w tuk tuku wzbudzał zainteresowanie mieszkańców okolicznych wiosek. Niektórzy odwracali wzrok od codziennych zajęć i przyglądali się nam z zainteresowaniem. Laotańczycy są trochę wyżsi od Malajów i osobiście uważam, że ładniejsi. Tyczy się to obu płci. W Malezji dziewczyny chodzą pozakrywane chustami więc ich uroda nie jest w pełni wyeksponowana. Co do mężczyzn jednak z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że Laotańczycy mają dużo atrakcyjniejszą aparycję. Kierowca zatrzymywał się po drodze kilka razy. A to żeby coś komuś powiedzieć, żeby zakupić małe kaczuszki, a potem przekazać je swojemu synowi, no i wreszcie żeby zatankować tuk tuka. Pan na stacji benzynowej miło się do nas uśmiechał, potem nam pomachał na pożegnanie. Myślę, że nasz widok to dla nich taka ciekawostka, coś czemu trzeba się przyjrzeć, obejrzeć. Reakcja byłaby mniej więcej podobna gdyby przywieźć do wioski na Podhale turystów z Kambodży.

         Park Buddy to oddalone o ok. 20 km od Vientiane miejsce, znane także jako Wat Xieng Khuan. Wat oznacza wprawdzie świątynię, a to miejsce nią nie jest, jednak znajduje się tam około 200 posągów bóstw z tradycji religii buddyjskiej i hinduizmu. Stąd nazwa. Pytanie jednak, jak się tam znalazły. Do tego w takiej ilości. Założył go w 1958 Luang Pu Bunleua Sulilat. Był on księdzem, który próbował połączyć hinduizm z buddyzmem. Podobny park zbudował w Tajlandii po tym jak opuścił Laos. Nie mógł zostać dłużej w państwie z powodu swoich antykomunistycznych zapatrywań. Wygląda na to, że część z tych posągów została skądś sprowadzona, a część wykonana na polecenie Luanga Pu. Są zrobione z tego samego materiału i w tym samym stylu. Centralną rzeźbą jest wielka dynia kryjąca we wnętrzu trzy piętra. Prowadzą do niej wielkie otwarte usta potwora. Można wejść do środka i dostać się na samą górę skąd rozciąga się widok na park. Zaskoczyło mnie to, że miejsce to nie jest zupełnie dostosowane do turystów. Kiedy stoi się na górze i ogląda co jest dookoła to można robiąc jeden zły krok zatoczyć się i spaść na dół. Nie jest to trudne zważając, że nie ma tam barierki, a platforma jest półokrągła i nierówna.

Prawdziwym hitem parku jest budda w pozycji leżącej, który ma 120 metrów długości. Zainteresowała mnie też niezwykle wysoka i potężna rzeźba przedstawiająca postać mężczyzny z wąsami podobnego do dziadka do orzechów, która trzyma na rękach martwą dziewczynę. Był także słoń o trzech głowach, ludzie z głowami świń, coś w rodzaju kupidyna, węże i przeróżne inne stwory. Widać było, że za każdym z nich kryje się jakaś opowieść, historia, legenda. Szkoda, że nie zostały one opisane, tak żeby można było wyobrazić sobie coś więcej na ich temat.

Można zawsze zastanowić się, co na przykład by się stało gdyby ożyły. Gdyby ożyło 200 postaci i figur zaklętych na co dzień w bezruch. Tymczasem pewnej nocy albo po prostu w ciągu dnia ożyłyby znienacka i zaczęły wypełniać swoje przeznaczenie, kontynuując te wszystkie historie, z których się wywodzą. Nie mam nic przeciwko trzygłowemu słoniowi czy buddzie wysokiemu na 120 metrów, ale co z postaciami, które budzą grozę nawet podczas bezruchu, a co dopiero gdyby zaczęły się poruszać? Co „dziadek do orzechów” zrobiłby z biedną dziewczyną, którą ma na rękach? A może właśnie ratuje ją przed niebezpieczeństwem? Sęk w tym, że nie znając tych historii, niczego nie rozumiemy.

        Tego wieczora poszwendałyśmy się jeszcze po mieście, zjadłyśmy rybę z grilla w towarzystwie piwa „beerlao” i widoku na Mekong, połaziłyśmy po kramach i sklepach w poszukiwaniu pamiątek. No i oczywiście nie omieszkałyśmy przegapić okazji jaką jest masaż. Wybrałyśmy opcję laotańskiego masażu z ziołami. To był dobry wybór. Masaż w Laosie w stosunku do cen w Malezji jest bardzo tani. Kosztuje około 30 ringgitów za półtorej godziny czyli mniej więcej tyle samo złotówek. Opcja z ziołami polega na tym, że po rozgrzaniu ciała nakładane są na plecy gorące worki z ziołami w środku. Ich zapach i ciepło relaksują mięśnie, rozleniwiają ciało i w efekcie powodują, że po prawie godzinie masażu człowiek ma ochotę zasnąć na stojąco.
Trzeciego dnia czyli w dniu wylotu do perfekcji opanowałyśmy już przynajmniej dwa słowa: „sabaidee”, co oznacza powitanie, pozdrowienie i „kop tai” czyli dziękuję. Laotańczycy mówią dziękuję typowo po Azjatycku – składając dłonie. Udałyśmy się na tuktukowy dworzec i złapałyśmy sobie transport na lotnisko. Jechało się tylko piętnaście minut. I tak zakończył się nasz paryski weekend w Vientiane.
Tekst i zdjecia: Karolina Markocka