SŁOWO NA NIEDZIELĘ- O muzyce…

Na londyńską nutę…emigranci mają talent


Urodziłam się w czasie kiedy muzyka miała duże znaczenie. Towarzyszyła nam nie tylko na weselach, chrzcinach i stypach, ale także w życiu szarym, codziennym, za żelazną kurtyną. Dorastałam wesoło w big beatowych rytmach, przygrywały nam Alibabki, Dwa Plus Jeden malowało mój świat. Z czasem Skaldowie zapraszali na kulig. Muzyka była ważna.

W szarości świata, w komunistycznej- jakże ciężkiej rzeczywistości, bez kilogramów sztucznych mięs na stołach, w czasach kiedy nie sprawdzaliśmy zawartości mięsa w parówce. W czasie, kiedy nawet papier toaletowy był na wagę złota. Pomarańcze i banany, przysyłane gdzieś zza wody, bądź zza niemieckiej granicy…kartki, talony, limitacje, pustki, ocet na półkach. Tak było.

Jednak w naszych sercach nie było szarości. Muzyka przybliżała nas do świata normalności. Jedni krzyczeli ze sceny jak dziwny jest ten świat, inni o rzeczywistości młodych mówili, opowiadając autobiografię, inni natomiast już kochali Irlandię. W koło było nam wesoło, niezależnie od okoliczności życie młodych toczyło się swoim rytmem. Koniki bujały się na swoich biegunach. Bunt, który rodził się w sercach, odbijał się też w muzyce. Lombard, Budka Suflera, wszelkie bity nowoczesne i rewolucyjne były natychmiast zdejmowane z anten radiowych. I tak narodził się przebój „Przeżyj to sam”.


Przeżyłam…Kochałam w rytmie Maanamu, przyjmowałam życzenia od Kombi- słodkiego, miłego życia. Choć wciąż nie wiedziałam co ja tutaj robię…Traciłam niejednego przyjaciela, czułam się wtedy jak Ela z Chłopców z Placu Broni. Później nastąpił czas zbuntowanej młodości i liceum niczym IV Liceum Ogólnokształcące T.Love. Kochałam Kasię Kowalską, Hey, Edytę Bartosiewicz. Teksański był przebojem gitarowym każdego gitarowego, młodego barda.



 Big Cyc dodawał nieco humoru do trudnego życia nastolatki. Ballada o smutnym skinie towarzyszyła w czasach, kiedy ideologie narodowe stały się przez chwilę moimi. Gdzieś tam w parku piłam tanie wino, czasem Whisky z Dżemem. Pokochałam od pierwszego wejrzenia Agnieszkę Chylińską. Jej głos i solowe piosenki były moim głosem, podobnie jak wielu dziewczyn w owym czasie…



Tak było kiedyś. Dziś pokochałam nie Irlandię, a Wielką Brytanię. Za normalność, za kolorowość, za wolność. Każdy z naszego pokolenia tęsknił za magią wolności. Choć gdzieś tam po drodze blokowała nas rzeczywistość, doczekaliśmy się w końcu wolnej Polski. Jesteśmy ludźmi wyjątkowymi,  pokoleniem przełomu epok. Pokoleniem, które dostało nagle z powrotem ludzkie, naturalne prawa.


Ja akurat wybrałam życie tutaj, Ty może gdzieś indziej. Co nas łączy? 
Wciąż zapewne z sentymentem powracasz do rytmów młodości. Tak też stało się wczoraj. 

Koncert „Emigranci mają talent” podał na tacy kilka pokoleń. Brzęczący tłum zebrał się dla Lombardu i Sylwii Grzeszczak, także dla młodych, zupełnie nieznanych twarzy, które mimo wyboru innego kraju do życia, wciąż mają talent i pragną stać się częścią lepszej historii. Tej, która nie zabija, nie zabiera wolności, nie ma w sobie już buntu. Piękni byli Ci młodzi ludzie, którzy próbowali się przebić przez niedoskonałości techniczne organizatorów. Ich koncert pro forma, bo niemal bez głosów, był bardzo typowym przedstawieniem polskości i naszych narodowych przywar, idea piękna a realizacja tematu nie do końca. Niczym zmiana ustroju, obalenie komunizmu…Ustrój runął a ludzie zostali. Pod płaszczykiem wolności, operując na tradycji i sentymencie za opiekuńczym państwem, demagogiczna grupka czasów ucięmiężenia wciąż jest wybierana przez naród.



Wczoraj poczułam się jak 17 lat temu. Głośna muzyka, rockowe rify, perkusje, basy…do tego wszystko skąpane w piwie. Chamstwo też było obecne, bo gdzie Polak tam chamstwo być musi. Zza pleców krzycząca grupka: ” spadać z emigrantami, co to za Sylwia, dawać Lombard…”. Z drugiej strony a kto to k**** jest ta Sylwia. Nawet zamiana stron nie pomogła. Chamstwo pędziło za mną. Już w parku po drodze, czułam sie jak w liceum. Pod osłoną mroku, liczne grupy Polaków, jedyne w owym miejscu  grupy etnicznej mniejszości, „oszczędzały”, wzmacniając swoje poczucie własnej wartości przelewając wódkę w plastikowe butelki po coli, podając sobie niczym angielską „pass the parcel” . Wszystko po to, aby klubowy bar nie zrujnował ich cieżko zarobionych funcików. Przy okazji zastanawiałam się, czy jakikolwiek inny naród w wieku średnim, o wykształceniu średnim bądź wyższym w takowych parkach też bywa w celach spożywczych…



Muzyka zagrała…zagrała nam pięknie. Sylwia Grzeszczak była dla mnie objawieniem. Na myśl przyszła mi młoda Kasia Kowalska, jej energia, jej pazur, talent. Wstyd przyznać, jako już niemal seniorka, młodej artystki nie znałam. Dla mnie była perełką wieczoru. Porwała znudzoną technicznymi niedociągnięciami publiczność. Nagle panowie poprosili panie, panie poprosiły inne panie i tłum tańczył. Było doskonale. Nie usłyszałam ani jednej fałszywej, niedociągniętej nuty. Perfekcja. Do tego grała na kilku instrumentach, żywiołowo poruszała się po scenie. Kupiła moje serce. 

Później nasza legenda…Lombard. Perfekcyjne wejście, stopniowanie napięcia, niesamowicie pełna energii wokalistka- Marta Cugier. Energia przeszłości i teraźniejszości. Tłum oszalał. Sentymenty, zupa chmielowa, poryw tłumu, zrobiły swoje. Nie było problemów z dźwiękiem, przywary ucichły, kto żywy chwycił z szafy skórzaną skórę, dodał kilka ćwieków. Było magicznie, było po polsku, było tak, jak muzyka działała od tysięcy lat. Energetycznie i kojąco, sentymentalnie i na nowo. Katharsis. Dostaliśmy kawałek historii i chwilę do reflekcji. Dziś w populistycznej Polsce muzyka znaczy już mało. Tekst nie zatrzymuje już na myślenie, nie daje poczucia wspólnoty. Liczy się łatwy rytm, dobry wygląd, zero głębi, refleksji nad życiem.  A mi wciąż pozostała…”Moja i Twoja nadzieja” na lepsze, na powrót wartości słowa śpiewanego i jego znaczenie dla mas.

Tekst: Gosia Szwed
Zdjęcie: internet