Psychopaci a kara śmierci

Tak wiele pisano i mówiono o karze śmierci; pierwszomajowy pochód argumentów, podczas którego łatwo zapomnieć, że każdego dnia gdzieś na świecie rozpoczyna się gra o bardzo wysoką stawkę. Jest to gra w kotka i myszkę. Kotkiem jest pewien przeciętnie wyglądający pan, zaś myszką może stać się jakaś prostytutka, para turystów, bezdomny, Ty, Twój brat, matka, dziadek, córeczka, bądź też po prostu cała rodzina.

Abolicjoniści mówią o ochronie każdego życia jako wartości najwyższej. Co jednak sprawia, że jesteśmy ludźmi? Czy życie zwierzęcego płodu jest już z definicji mniej warte? Czy aby na miano człowieka nie trzeba sobie choć odrobinę zasłużyć? Niezależne badania naukowców z całego świata (przeprowadzane na skazanych za najcięższe przestępstwa więźniach) potwierdzają, że umysł patologicznego mordercy różni się od umysłu osoby normalnej – do tego stopnia, iż kiedy ceniony psycholog Robert D. Hare przesłał wyniki badań EEG mózgów psychopatów do renomowanego magazynu „Science”z prośbą publikacji, otrzymał odpowiedź: „Te elektroencefalogramy nie mogą pochodzić od prawdziwych ludzi”. Cóż, określenie: „bestia w ludzkiej skórze”traci metaforyczny charakter w konfrontacji z naukowym faktem. Uczeni zgodnie kreślą portret psychopaty: pozbawiony empatii, głębszych uczuć i rozterek moralnych; ludzi traktuje instrumentalnie; wybiera najkrótszą drogę do realizacji celu (dosłownie – „po trupach”); zastosowanie kary nie powoduje u niego poprawy (sic!).
Skoro mowa o karze i poprawie – przeciwnicy kary śmierci twierdzą, że wieloletnie lub dożywotnie więzienie jest wystarczającą formą zapewnienia społeczeństwu bezpieczeństwa i zarazem wymiernym do popełnionych czynów aktem wymierzenia sprawiedliwości. Problem w tym, że historia kryminalistyki nie zna przypadku zakończonej sukcesem resocjalizacji seryjnego mordercy, a wyroki sądowe mają to do siebie, że zawsze istnieje możliwość ich zmiany. Wszystko to ogólniki? Proszę bardzo:
Niespełna 16-letniego Eda Kempera, po zastrzeleniu dziadków, osadzono w szpitalu psychiatrycznym. Pobyt w owej placówce zdrowotnej spędzał, trzeba przyznać, bardzo owocnie, skrupulatnie zgłębiając wiedzę z zakresu kryminalistyki dzięki pomocy kolegów (gwałcicieli i morderców). Jego głód wiedzy został nagrodzony. Chłopak nauczył się, jak oszukać psychiatrów i zmanipulować testy psychologiczne, dzięki czemu został wypuszczony. Mógł oddać się swemu hobby: zgwałcił, zamordował i poćwiartował 8 kobiet.
Jack Unterweger, po zabiciu swojej dziewczyny, stał się sławnym w całej Austrii, żywym wzorem udanej resocjalizacji. W więzieniu napisał sztuki teatralne, opowiadania, a nawet autobiografię. Wyszedł warunkowo, po 14 latach jako powszechnie uwielbiany pisarz. Poszukując źródeł weny twórczej, zaczął zabijać kolejne kobiety – jednocześnie pisał na temat serii tajemniczych morderstw. Oskarżono go o 11 zabójstw.
Artur Shawcross zgwałcił i zabił dwóch chłopców. Skazany na 25 lat, wyszedł (a jakże, warunkowo!) po 15 latach, i w niecałe 24 miesiące uwinął się z robotą, czyli udusił, pobił na śmierć, okaleczył i częściowo zjadł 11 kobiet.
W Polsce jeszcze w tym roku i w najbliższych latach na mocy amnestii z czasów PRL na wolność wyjdzie około setka najgroźniejszych przestępców. Wśród nich jest na przykład Mariusz Trynkiewicz („szatan z Piotrkowa”), który gwałcił, uśmiercał, a następnie palił chłopców w wieku od 11 do 13 lat (zapowiada, że nadal będzie uprawiać pedofilię i zabijać), czy też niejaki Leszek Pękalski, słynny „wampir z Bytowa”, oskarżony o 17 zabójstw (przyznał, że morderstw było około 90-ciu).
Pedofile-mordercy po wyjściu na wolność często nie wyrażają zgody na leczenie. Mają do tego prawo, liczy się przecież ich godność – ech, to wyświechtane pojęcie ludzkiej godności… nie ma dla niej miejsca w smrodzie, krwi, upodleniu, rozdzierającym wyciu i zwierzęcym strachu. Zastanawiam się, w czym przejawia się godność i człowieczeństwo Awildy Lopez, która przez 16 miesięcy kazała swej sześcioletniej, ciemnookiej córeczce „zjadać własne ekskrementy, wieszała ją często do góry nogami, gwałciła córkę szczotką do włosów i wkładała jej do gardła węże”, by w końcu zatłuc dziecko na śmierć. Zastanawiam się, jak przełożyć ludzkie życie na karę więzienia i skąd bierze się ta polityczna poprawność w kwestii przyznawania praw zbrodniarzom, którzy odebrali innym ich prawa, włącznie z tym do egzystencji. Ośmielę się też zadać pytanie, jaka kara grozi mordercy, który – przebywając już w więzieniu – zacznie znowu zabijać? Więzienie w więzieniu, czy może pogrożenie palcem? Czy istnieje jakikolwiek punkt, w którym nakręcająca się spirala zła zostałaby raz na zawsze zatrzymana, czy też w imię górnolotnych haseł mogłaby nakręcać się w nieskończoność?
Janusz Kochanowski z wydziału Prawa Karnego UW w odniesieniu do sprawy T. Veigha (sprawcy zamachu z 15.04.1995, w którym zginęło 168 osób, a około 800 zostało rannych), napisał o karze śmierci: „Byłem kiedyś jej zagorzałym przeciwnikiem, ale zmieniłem stanowisko. Dlatego dziś (…) odwróciłby pytanie – czy można sobie wyobrazić, że nie zapadła kara śmierci w tej sprawie? (…) ostatnio wraca się do klasycznego rozumienia odpowiedzialności karnej, która opiera się na poczuciu potrzeby sprawiedliwości. Istnieje coś takiego jak sprawiedliwość, której nie należy mieszać z żądzą odwetu czy zemsty.”

Dla abolicjonistów sprawiedliwość ma najwyraźniej granice, które kończą się w momencie naruszania osobistej nietykalności morderców. To dlatego Anders Breivik został osadzony w luksusowym więzieniu, w celi wybudowanej za pieniądze podatników i wartej – w przeliczeniu – ponad 2 mln złotych. To dlatego nasz zasłużony rodak, Damian Rzeszowski, został oczyszczony z zarzutów.
Przypomina mi się film z rozprawy Andrieja Czikatiły: lekki uśmiech, niepokojący wyraz oczu i słowa: „Jestem pomyłką natury”. Pomyłką? Ależ skąd. Pomylić może się jedynie sąd. I skazać niewinnego. To kolejny z argumentów przeciwników kary śmierci. Nie znam zbyt wielu przypadków procesów poszlakowych odnośnie seryjnych zabójców. Znam natomiast dziesiątki spraw, w których uprzejmi mordercy dzięki systematycznej, wieloletniej pracy dostarczyli sędziom bogatego materiału dowodowego w postaci filmów i zdjęć torturowanych ofiar, słojów z fragmentami ciał, czy też sentymentalnymi pamiątkami z miejsc zbrodni.
Pielęgnując życie jednostek, które to życie odbierają, społeczeństwo nie ulega wcale humanizacji; i ono o tym doskonale wie, dlatego dochodzi coraz częściej do aktów samosądu. Ludzie czują też, że kara śmierci nie jest ani formą zemsty, ani też próbą odstraszenia potencjalnych morderców (jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że psychopata rzuca nóż pod wpływem świadomości, iż czekać go może krzesło elektryczne). To – w wypadku seryjnych zabójców – wymierny akt sprawiedliwości. „Łatwo jest wymierzyć śmierć cudzymi rękoma” – argumentują ci, którym widać łatwiej patrzeć na rozpacz rodzin zamordowanych. Ta śmierć ich przecież bezpośrednio nie dotyczy. To im dedykuję na zakończenie poniższy fragment tekstu W. Łysiaka („Prawo Kaina, czy prawo Abla?”):
„Nigdy nie pojmę dlaczego ludzie o wielkich sercach (…), orędownicy zniesienia kary najsurowszej, mają tak niewiele szacunku, tak niewiele serca, tak niewiele humanitaryzmu dla czteroletniej dziewczynki zgwałconej i uduszonej, albo dla rodziny strażnika, którego zastrzelono, a tak wiele szlachetnych słów dla obrony łotra, który (…) skrzywdził te dziewczynkę, albo osierocił inną (…)? Tacy jak wy nie bronią prawa do życia, lecz swobody okradania z życia”.

Tekst | Natalia Ślesińska
www.openscotland.pl