Powrót Polańskiego w wielkim stylu.

„Wenus w futrze”
            W tak materialnym świecie, w jakim współcześnie żyjemy chyba trudno jest wierzyć w siły nadprzyrodzone, magię, dziwne zbiegi okoliczności… Mało kto jest też skłonny ponieść się fantazji… Większość z nas, również i ja, stara się patrzeć dość racjonalnie na otaczającą rzeczywistość. Czasami jednak przydarza się coś takiego, co trudno jest nam w prosty sposób wytłumaczyć… Taką właśnie przedziwną kolej zdarzeń zobaczyć możemy w filmie Romana Polańskiego „Wenus w futrze”.
            Jesteśmy w teatrze. Reżyser przedstawienia o imieniu Thomas organizuje przesłuchanie. Szuka on wyjątkowej kandydatki do głównej roli w swojej sztuce. Jest wieczór, nikt interesujący się nie przyszedł, więc nie ma sensu czekać dłużej. W ostatnim momencie pojawia się ona. Niezwykła, piękna, choć też za bardzo pewna siebie, zbyt otwarta i bezczelna. W niesamowity sposób potrafi przyciągnąć wzrok. W dodatku nawet jej prawdziwe imię – Vanda zgadza się z postacią, jaką miałaby zagrać. Jest po prostu idealna! Wcielona Wenus w futrze!
 
 
Reżyser jednak nie chce jej nawet przesłuchać, twierdzi, że już za późno, że nie ma czasu, musi iść do domu. Zaczyna się między nimi rozmowa poprzeplatana odgrywaniem fragmentów sztuki i nieustającymi kłótniami o sprawy damsko-męskie. Ona bardzo zmysłowa, pełna wdzięku. On intrygujący introwertyk, który jedynie w swojej sztuce może wyrazić ukryte pragnienia i traumy z dzieciństwa. Mieszanka wprost wybuchowa…
            „Wenus w futrze” to film, który bazuje na powieści niemieckiego autora Leopolda von Sacher-Masocha, jaka powstała pod koniec XIX wieku. Nie byłaby jakimś spektakularnym dziełem, gdyby nie zawarta w niej historia głównego bohatera zakochanego w kobiecie. Miłość ta jednak jest inna, ponieważ pragnie on, by ta kobieta stała się dla niego panią, która go karze, bije, a on jej wiernie i z oddaniem służy. Nic innego jak masochizm w czystej postaci. W rzeczy samej, szczególnie, że zachowanie to swoją nazwę wywodzi właśnie od Masocha.
            Propozycję Polańskiego można interpretować na wielu płaszczyznach. Już sam tytuł sugeruje nam odwołanie do antycznej bogini, która zjawia się, by wystawić na próbę talent autora. Widzimy także konfrontację oryginalnego dzieła, które może mieć inne przesłanie z interpretacją, która może być inna od zamysłu twórcy. W dodatku przez takie rozumienie tej sztuki przypadkiem zostają odkryte najgłębsze myśli autora. Kolejna interpretacja odwołuje się także do warsztatu i współpracy reżysera i aktora, ze wszystkimi pozytywami i negatywami takiej kooperacji. Być może Wenus jest tylko czystą i przepełnioną niespełnionymi namiętnościami fantazją głównego bohatera.
To od widza zależy jak odczyta ten film…
            Czy warto obejrzeć ten film? Już dla samych aktorów zdecydowanie tak, ponieważ w rolach głównych zobaczyć możemy niesamowicie utalentowaną i piękną Emmanuelle Seigner w towarzystwie niepowtarzalnego Mathieu Amarlica (aktorzy spotkali się już na planie innego świetnego filmu „Motyl i skafander”, w reżyserii Juliana Schnabela). Ten duet wprost idealnie się uzupełnia. Dzięki nim, mimo pełnej sali kinowej, mogłam się poczuć jak na prywatnym spektaklu w paryskim teatrze. Poza tym wyśmienite dialogi – zabawne i zarazem bardzo prawdziwe. Wspaniała uczta! Dodatkowo zakończenie jest tak nieprzewidywalne, że aż chciałoby się to zobaczyć na własne oczy.
Niektórym z widzów ten intymny klimat, specyficzna atmosfera i obecność tylko dwóch (ale jakże wspaniałych) aktorów może nieco przeszkadzać. Dla mnie jednak po raz kolejny Polański pokazał ogromną klasę (za co otrzymał nagrodę Cezara) tworząc tak wspaniałe dzieło. Pod każdym względem polecam!
Magdalena Smolarek