PONIEDZIAŁKI BEZ CENZURY- Nie każda kobieta może zostać biologiczną matką, dziś o adopcji…

ZAWÓD: MATKA

         Temat rodzicielstwa zastępczego rozpatruje się głównie w kategoriach dziecka. Tego, co jest dla niego dobre, co jest dla niego właściwe, w kategoriach jego potrzeb, jacy powinni być rodzice zastępczy by ono – dziecko – było wychowywane i trafiło do właściwych, by mogło dorastać w zdrowych relacjach. Natomiast temat rodziców wypływa zwykle w kategoriach czy spełniają oczekiwania stosownych urzędów i urzędników czy też nie… Najmniej poważnie traktuje się emocje i to co czują Oni…matki i ojcowie zastępczy. Oni mają…czekać, nie wnosić zastrzeżeń, być na każde wezwanie.
Rodzicielstwo zastępcze a biologiczne, obydwa zadania trudne, chyba najtrudniejsze w kategoriach obowiązków nas jako obywateli. Niestety przez prawo i państwo nierówno traktowane. Bo droga do bycia rodzicem zastępczym jest obwarowana całym mnóstwem testów, badań, wywiadów środowiskowych i psychologicznych. Rodzicielstwo zastępcze to przepisy prawa, to ogół wymagań i unormowań nałożonych przez ustawodawców, na kandydatów na rodziców zastępczych, na urzędy, na specjalistów, na sądy, zespoły psychologiczne, które zamiast pomagać przejść przez ten trudny proces mają za zadanie głównie sprawdzać, kontrolować. A przecież za każdą z historii kryją się inne – często – tragiczne wydarzenia. Ale cierpienie i trud mają sens, gdy proces stawania się rodzicem kończy się pozytywnie. Kiedy kandydaci stają się rodzicami, kiedy mama może wreszcie przytulić dziecko bez obawy czy formalnie staną się rodziną…

Niby matka…
              Przeglądając internet w poszukiwaniu bohaterów adopcyjnej historii, natknęłam się na pewien blog. Założony przez trzydziestokilkuletnią, bezdzietną kobietę. Zaintrygowało mnie w nim kilka rzeczy. To w jaki sposób autorka siebie nazwała, bardzo krótki czas w jakim był prowadzony oraz ilość i różnorodność komentarzy. Napisałam do niej w celu zbadania jaka historia się za nią kryje.
„Niby Matka” – bo tak siebie nazwała, opowiedziała mi swoją, dość smutną historię. Pozostająca w wieloletnim, nieformalnym związku, skupiła swoje życie raczej na pracy zawodowej i karierze nie na powiększaniu rodziny. Jedyne kontakty jakie miała z dziećmi to głównie przez swoje koleżanki i przyjaciółki. Choć trzymająca się z dala od dzieci, to jednak ciepła i wrażliwa na świat. Właściwie – jak sama powiedziała – przyzwyczaiła się do myśli, że już nie usłyszy tupotu małych stópek.
Jednak życie lubi płatać figle i swoją przewrotnością zaskakuje nawet tych, którzy w swoim zaplanowaniu nie przewidują odstępstw od ustalonej normy.
Swój początek ta historia ma w momencie, kiedy do mojej bohaterki przyjeżdza z drugiego końca Europy niewidziana od wielu lat siostrzenica. Przyjeżdza i robi zamęt w ich poukładanym życiu. Tak wielki, że zamiast dwóch, wakacyjnych tygodni w planie jest….całe życie.
„Chciałabym zostać u Was na zawsze, mogę?” – to usłyszałam po kilku dniach jej pobytu – opowiedziała mi bohaterka. „To pytanie wraz z JEJ osobą wdarło się w nasze zorganizowane życie jak rakieta. Pytanie z gruntu niedorzeczne, bo Ona ma normalną mamę i rodzeństwo, więc po co? Ale przez głowę i serce przemknęła myśl, że gdyby to się udało to wreszcie miałabym córeczkę, pęd mysli, że to się nie może udać, bo przecież Ona ma rodzinę! Ale pojawiły się rozmowy i nasze pytania, dlaczego, po co? Przez głowę wciąż przelatywał huragan myśli…jak to? Jak to? Jak to miałoby wyglądać? Zachowując typowy dla siebie dystans i trzeźwość umysłu uspokoiłam JĄ, że nie tak wszystko od razu, że przecież co powie JEJ mama, że to trudna logistycznie sprawa, że jest przecież szkoła ze swoimi róznicami programowymi i cała masa innych spraw, że trzeba się nad tym zastanowić. Ale myśl zakiełkowała a ja nie zaprotestowałam, by rosła dalej…
Najtrudniejsza – wydawało mi się – miała być rozmowa z jej mamą… No bo co powiedzieć matce – własnej kuzynce – że chcesz by jej dziecko było…Twoim dzieckiem? Nie ma takich słów. Jedynym logicznym powodem, który można by zaproponować to fakt, że w naszym domu – stawiającym na wykształcenie i rozwój osobowy – będzie miała lepsze warunki do życia i zbudowania swojej przyszłości. O dziwo JEJ mama zgodziła się dość szybko. Chyba zbyt szybko…. I wtedy zaczął się proces przystosowywania jej do polskich warunków, do naszej rodziny. Wybór szkoły, urządzanie nam życia, pochłonęło nam kilka tygodni. Mówiłyśmy sobie kocham i naprawdę tak czułyśmy. Zaczęła mówić….MAMO…a ja wciąż nie czułam, że ta sytuacja jest do końca normalna. Dałam wszystko co w tym momencie mogłam dać….Ale za mało dałam i za dużo wymagałam….nie dałam konia i pluszowego obicia ścian w JEJ pokoju a wymagałam by przygotowała się do pójścia do polskiej szkoły…”
Niestety nie każda historia kończy się happy endem…
„Kiedy JEJ mama przyjechała do Polski, by podpisać stosowne dokumenty, czułam, że coś pójdzie nie tak i…tak się stało…. Kilka dni później obie wyjechały…”
To bardzo smutna historia, moja bohaterka  miała być mamą i nic z tego nie wyszło, pozostał ból, smutek, frustracja i…pęknięte serce.
Ile takich nieudanych historii dzieje się każdego dnia. Ilu z rodziców nigdy się nimi nie staje, bo coś poszło po drodze nie tak. Zawiedzione nadzieje, rozbudzone uczucia macierzyńskie i lęk przed kolejną nieudaną sytaucją. Jak mi podsumowała „zburzyła moje życie, dała nadzieję na pełną rodzinę…mówiła „mamo” do czego nie chiałam się przyzwyczajać, ale to było takie fantastyczne uczucie móc to słyszeć, mamo…mamusiu…ech…”
Myśląc o autorce bloga przypomina mi się – jakże skrajnie różny – przypadek moich znajomych, którzy zostali rodziną zastępczą siostry mojej znajomej. Sami mieli już dwoje własnych, biologicznych dzieci. Przypadek skrajnie różny bo jak mi tata zastępczy opowiadał, „trzymamy ją bo dzięki kasie na nią, mamy zapłacone raty za dwa samochody”. I w ten sposób jedni czerpią dochód z jednego dziecka, sami mając jednocześnie zaspokojone uczucia rodzicielskie, a inni cierpią bo choć oddaliby wszystko takiej szansy nie mają.
W mediach się słyszy o konsekwencjach i potrzebie tworzenia rodzin zastępczych. Na całym świecie jest ich wciąż za mało. Poświęca się czas i energię na sprawy dzieci, ale niewiele na to co się dzieje z rodzicami, z ich uczuciami.
A może wśród Was są takie historie? Opowiedzcie nam zarówno udanych jak i nieudanych adopcjach. Piszcie na:  lejdiz.magazine@gmail.com
Tekst: Beata Kudlińska Wodo
Zdjęcia: internet