Polska z perspektywy emigrantki

 

My tu gadu, gadu, a tymczasem wrzesień w pełni, kasztany z drzew lecą, dzieci powoli ocierają pierwsze szkolne łzy. Piękna jesień nam się zbliża wielkimi krokami. Lato odlatuje babimi pajęczynkami, w Londynie zaczyna się sezon na imprezy w klubach, w Warszawie zamykają ogródki.

Byłam sobie w Polsce ostatnio, pierwszy raz po 6 latach jako wczasowicz. Jak się szybko zdołałam zorientować, mimo pięknej pogody, do Majorki to nam jeszcze daleko. Nie żeby nie było czym zachwycać. Wręcz przeciwnie. Polska to piękna kraina i wbrew pozorom ocieka bogactwem. Choć Dubajem nie trąca, to rozwojem po oczach razi i sentymentem z drugiej strony powala.  Z jednej strony Wisły plaża i palmy, z drugiej szklane domy.

Z każdej ulicy warszawskiej zerka nowy budynek. Choć plan zagospodarowania przestrzeni i sens układania klocków Lego gdzieś się zagubił, to każdy nowy wieżowiec zachwyca nowym designem. Tak jakby wszyscy architekci świata urządzili sobie konkurs na ilość użytego w projekcie szła i stali. Nawet zabytkowe kamienice bowiem dostały w prezencie do fasady boczki szkieł. Ot taki folklor warszawski, architektura dobrowolna, styl misz masz.

Jednak serce rośnie jak widzi cud nad Wisłą. Lat temu 40 po Starówce przechadzały się konie z bryczkami, teraz już praktycznie nikt nimi nie jeździ bo za przejażdżkę wołają 120 zł. Więc stoi taki konisko cały dzień w pełnym słońcu i wobec mojego współczucia, słyszę w odpowiedzi, że koń lepszy niż człowiek i upał lepiej znosi. Tak sobie myślę, że jakby się poruszał trochę, to może poczułby się jeszcze lepiej, ale najlepiej to by mu było na polu, na świeżej trawie. Jednak bryczka z koniem to akcent sentymentalny i podróż do przeszłości, podobnie jak biegający po Starówce rycerz i ryksza z malucha zrobiona. Podróżujący chętnie Polacy szybko uczą się nowych technik marketingu lokalnego i zgrabnie wykorzystują zabytki i sentymenty do zarabiania pieniędzy. W polskim jednak wydaniu wciąż są to propozycje z klasą i smakiem.  Choć przyznaję, że warszawskie ZOO rozczarowuje brakiem wyczucia potrzeb swoich podopiecznych, to Centrum Nauki Kopernika już powala na kolana swoim bogactwem eksponatów. Jednakże razi zatoka straconych szans. Choć wykonanie doskonałe, w środku tłum ludzi, który chaotycznie przechodzi z sali do sali, nie znając ani celu, ani ładu ani składu. Brak animacji i przewodników to zdecydowany minus tego przedsięwzięcia, choć pomysł doskonały.

Obywatel stolicy wciąż zadziwia. Społeczeństwo podzielone na warstwy niczym tęczowy tort. W Polsce nie można jednak mówić o podziale na kolory, a na stan umysłowy raczej. Młodzi (określenie zmienia się w zależności od wieku autorki), czyli ludzie do lat 30, zazwyczaj operują liberalnymi poglądami, nasączonymi jednak nieco duchem przeszłych pokoleń. Koło 20stki w dół zaczyna się przekrój ludzki, który ma w tylnej części zarówno historię, jak i „nie o taką Polskę walczyliśmy”, tą część społeczną zwykle spotkasz w galerii handlowej za dnia, w klubie w nocy. Nie mają poglądów, nie interesują się zwykle niczym więcej niż najnowszą kolekcją ciuchów, muzą z zagranicy, kombinowaniem kasy i dobrej rozrywki. Na tą w Warszawie nie można za bardzo narzekać, choć jak twierdzi jeden ze znanych fryzjerów, to „już nie to co było kiedyś, w klubach syf, chamstwo i prostactwo”. Choć nie udało mi się doświadczyć żadnego z powyższych, powrócę ponownie do wątku architektonicznego.

Myślę, że więcej designerów z kraju nad Wisłą powinno kształtować gust wnętrzarski tzw. zachodniej Europy. Knajpy bowiem przepiękne, nawet osiedlowe kawiarenki, których jak grzybów po deszczu, są urocze, urządzone ze smakiem. Nie wspomnę już nawet o placach zabaw, salach zabaw i miejscach dla dzieci. To, o czym mówi świat od lat, w Polsce trafia na chłonny grunt. Matki oświecone literaturą wychowawczą z pogranicza science fiction, wcielają w życie rodzicielstwo bliskości, noszą dzieci w chustach, przedszkolaki zaopatrują w zabawki z drewna, posyłając je na wszelkie możliwe dodatkowe zajęcia bo same pracować przecież muszą.

Mamy natomiast z kokonów się wynurzywszy, zamieniają się w piękne motyle. Zadbane, stylowo ubrane, wyraźnie znają swoją wartość. Gabinety kosmetyczne  fryzjerskie rozmnażają się przez pączkowanie, na każdym osiedlu mości się przynajmniej jedna siłownia. Dowiedziałam się, że należy sobie co jakiś czas robić Wampirzy Lifting, że paznokcie mają być żelowe i kolorowe, stopy oczyszczone kwasową maską, a włosy poddane różnorodnym zabiegom regenerującym, w tym czystą keratyną. Botox czy inne zabiegi na twarz i ciało to warszawska codzienność. Warto tam wyskoczyć, żeby dowiedzieć się co nowego przygotował świat kosmetyki i farmacji.  Rynek lekarstw, szczególnie tych bez recepty walczy chyba o pierwsze miejsce na świecie. Odnoszę wrażenie, że z powodzeniem jedzenie można by zastąpić pigułkami na każdą porę dnia i nocy. Warszawiakom nie obce niemal supermarkety,  na których półkach ułożone są skrzętnie pigułki, tableteczki, tubeczki, pudełeczka, kosmetyki. Poznawszy asortyment z pewnością można by wyleczyć każdy problem cierpiącego ciała.

Polska to kraj generowania potrzeb i roszczeń.  Każda część ciała zasługuje tam swoje traktowanie, na odwadnianie, nawilżanie, odżywianie, podnoszenie, opuszczanie, kurczenie lub rozkurczanie. To niezwykłe jak ze skromnego asortymentu mędrcy szkiełka i oko, nagle mamy rozwiązanie na każdy nurtujący nas problem, nawet ten, którego dotąd nie zauważaliśmy i o którym nie mają pojęcia panie sprzedające rozwiązania. Nawet mamy ewoluowały od tych w szmatach i barchanach z czasów komuny, od przerabianych po cioci Lusi sukienek do najnowszych modeli dresówki lub sieciówki połączonej ze smakiem z dodatkami młodych designerów. Warszawska ulica już niewiele różni się od londyńskiej, czy paryskiej. Nie szatą jednak Polska stoi, a mentalnością. Ci, którzy zostali w kraju nadwiślanym dzielą się na tych, którzy nigdy nie wyjadą z kraju. To zazwyczaj młodzi introwertycy, ludzie po 50tce lub piękni i bogaci. Pozostali albo szykują się do wyjazdu lub wciąż pozostają w fazie jego planowania. Wciąż słyszę: „a lepiej to jest w tej Anglii?”

Otóż mili państwo, tam nam dobrze, gdzie sobie dobrze zrobimy. Nie jest to kwestia państwa, ani dobrobytu, czy opieki socjalnej, ale nastawienia. Jeśli jeszcze ktoś wciąż myśli, że emigranci pływają w kasie, wszystko leci nam z nieba i żyjemy wygodnie, to nie radziłabym się przekonywać o tym jak jest naprawdę. Jednak nie praca u podstaw jest tu problemem, bowiem ta jest uczciwie wynagradzana, a problemy bardziej przyziemne. Póki masz rodzinę i przyjaciół obok, nie doceniasz ich tak bardzo do momentu kiedy ich zabraknie. Emigranci płacą bowiem za swoje wybory ogromną cenę. Jest nią tęsknota, zawód, rozczarowanie. Choć wmawiano nam pół życia, że wartością jest praca, że należy się uczyć, studiować, zdobyć dyplom, nam świat wartości się nieco zrewaloryzował. Dyplomy pochowaliśmy do szuflad i choć cieszymy się życiem, wciąż znakomita większość pracuje na etatach służalczych. Choć doskonale wykształceni, stanowimy elitę intelektualną wśród sprzątaczek, kucharzy, czy ekspedientek. Jednak zdecydowanie więcej szczęśliwych ludzi znam wśród emigrantów niż Polaków, którzy pozostali w kraju. Tam gdzie mogą się realizować zawodowo, nie mogą realizować swojego planu na życie. Rzeczywistość podsycona jest strachem i niepewnością. Polski domek z kart, który my również budujemy, jednakże nasze karty wydają się solidniejsze.

„Warszawa jest trendy”- brzmi ostatnie hasło reklamowe miasta. Istotnie. Poleciłabym miasto każdemu turyście, który w dodatku lubi nowoczesność, bowiem w Polsce historię lepiej ukrywać. Pokazując fasady szklanych wieżowców, nikt się nie dowie, że za drzwiami żyje emeryt, który jedyne na co może sobie pozwolić to wyjście do pobliskiego parku, zakup chleba, pomidora i lekarstwa, które jest mu niezbędne do przeżycia. Nie zrozumie też protestu „frankowiczów”, którzy uwikłani w bankowe machlojki, wychodzą na ulicy, żeby bronić swoich praw do prawdy. Idąc do pięknej restauracji, turysta nie zobaczy matki z niepełnosprawnym dzieckiem, która kwitnie w domu, bo mało które miejsce jest przystosowane dla niepełnosprawnych. Turysta nie zrozumie jak go zaczepi senior przechodzień i zwróci uwagę bo sam nie radzi sobie ze swoją frustracją i musi nią epatować na zewnątrz. Na widok przybysza z innego kraju, nawet pani kelnerka się uśmiechnie, posiłek na czas przyniesie, dowie się co wchodzi w skład potrawy, nie napluje mu do dania (dygresja od pracownika restauracji). Zwykłym ludziom taki luksus już nie jest dany. Warszawski bowiem szyk dawno zanikł. Dziś liczy jest ilość, nie jakość i zamiast ulepszania tego co dobre, proponuje się ludziom wciąż nowe. Ta metoda dotyczy zarówno architektury, jak zwykłych ludzi, a w szczególności pracowników, którzy boją się, że jutro mogą stracić pracę, a wtedy trzeba będzie zrezygnować z kosmetyczki, fryzjera, czy też karnetu na zajęcia fitness.

Cóż zatem kończąc wywody przy dzisiejszej kawie, ośmielam się twierdzić, że Polska to piękny i jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się krajów, który wzrasta dzięki niezwykłym talentom obywateli. Tylko ryba psuje się od głowy. Zanim państwo nie zauważy, że zwykły obywatel czuje się komfortowo jak ma w perspektywie stałość i poczucie, że zawsze sobie poradzi, niezależnie od tego w jakiej sytuacji postawi go los, to Polska się wyludni (choć sytuację ratują jeszcze Ukrainki, pracujące na każdym rogu) i stanie się zapleczem Europy, która będzie inteligentnie wykorzystywała nasze narodowe ambicje. Choć brzmi to nieco katastroficznie, nasza nacja zaczyna przypominać służących, niezależnie od tego gdzie się znajdujemy. Pytanie tylko po co namawiać ludzi do kształcenia w takiej sytuacji zamiast zamienić liczne uczelnie wyższe na zawodówki i popularyzować konkretne rzemiosła. Osobiście życzyłabym sobie, żeby nasi politycy zadbali o swoich pozostałym obywateli, bowiem z takim potencjałem i ilością wykształconych, zaradnych ludzi, Polska powinna być obecnie potęgą w Europie, a zaczyna być jej zmurszałym zapleczem.

Autor: Gosia Szwed