OBIADY CZWARTKOWE- Nietypowo kulturalnie- Carboot kultura

„Zakupy przeistoczyły się w polowanie na skarby – ciągłe poszukiwanie, w globalnym, nieprawdopodobnie wielkim składzie towarów i usług, rozkosznej niespodzianki. (…) Kiedy klient ją znajdzie, życie od razu wydaje mu się wspaniałe” – Michael J. Silverstein, wiceprezes Boston Consulting Group.


Wielkie £owy
            Właśnie wróciłam z przedwakacyjnych zakupów. Torba wypchana spodniami Miss Sixty, Calvina Kleina i Moschino, do tego bluza z kapturem DKNY (przyda się na wietrzne dni
nad oceanem albo podczas grilla u przyjaciół), okulary Givenchy – aż dwie pary, ponieważ nie mogłam się zdecydować, czy wolę białe, czy ciemne oprawki, dwie bluzki Burberry i kilka topów CK. Trafił mi się też sweter Soni Rykiel oraz lekkie sandałki Kleina. Dla mojego mężczyzny kupiłam dwa T-shirty Burberry i pasek CK. Zaczarowały mnie również opalizujące cienie
do powiek Givenchy i absolutnie wodoodporny eyeliner CK.
No i sama torba – lekka, funkcjonalna, pojemna „kabinówka” Polo Club.
            Jeśli uważacie, że wydałam na te zakupy kilka miesięcznych pensji, to znaczy,
że nie poznałyście jeszcze Wyspiarskiego Uroku Markowego Szaleństwa za Grosze! I nie mówię tu o korzystaniu z wielkich Internetowych targowisk (e-bay, Allegro, Gumtree). Jeśli więc o kolekcji Burberry, Kleina, Chloe czy Givenchy myślałyście jak o wyprawie na księżyc, zapraszam  na mały spacer. I zapewniam, nie musicie obawiać się o stan konta i kondycję portfela.
Zaczynamy od najdroższej wersji:


wyprzedaże   
zawsze na przełomie sezonów i w każdym niemal sklepie na Wyspach. Największą i chyba najbardziej znaną jest wyprzedaż u Harrodsa – zaczyna się pod koniec grudnia, tuż po świętach Bożego Narodzenia. Wtedy z 70%, a czasami nawet 85% obniżką można nabyć swoje wymarzone ciuszki znanych projektantów. Naturalnie, trzeba mieć nieco szczęścia i trochę samozaparcia oraz… zimnej krwi. Ja często staję przed dylematem, czy wypatrzoną sukienkę kupić już z 50% zniżką, czy może poczekać na 75% z ryzykiem, że nie dostanę nic.
Jeśli nie zamierzacie jednak czekać na zmianę sezonów, idealnym rozwiązaniem są


outlety 
czyli sklepy, w których producenci i dystrybutorzy sprzedają nadwyżki produkcyjne i końcówki serii, oferując wieloprocentowe zniżki. Outlety można znaleźć na obrzeżach miast
albo w galeriach handlowych. Alternatywą jest sieć TK Maxx, oferująca podobne zniżki, ale gromadząca na jednej powierzchni towary wielu projektantów i domów mody. Znajdziecie tu wszystko: od bielizny i skarpetek, poprzez galanterię, ciuszki, kapelusze, kosmetyki, aż po wyposażenie wnętrz. Wszystko z gwarancją najwyższej jakości. Tu nie ma mowy
o podróbkach. Obowiązuje za to zasada sezonowej wyprzedaży – wtedy ceny są nawet niższe od zniżek. Mnie w sieci TK Maxx udało się kupić za kilkanaście funtów jeansy Kleina, bluzki Burberry, markowe kosmetyki oraz wspomniane dwie pary okularów i walizkę!


Carbooty
inaczej pchle targi, to osobny rozdział, a raczej cała filozofia sprzedawania i kupowania.
W centrach lub na obrzeżach miast, na wielohektarowych przestrzeniach, każdej soboty
lub niedzieli (przez cały rok, jeśli są zadaszone lub od kwietnia do października, jeśli odbywają się pod gołym niebem) rozkwita misterium, w którym Brytyjczycy nurzają się niczym Sheherezada w nocnych opowieściach. Zasadą prawdziwego carbootu jest sprzedaż „z bagażnika” niepotrzebnych właścicielowi rzeczy, przy czym „bagażnik” urasta często do rozmiarów ciężarówki albo czterostoiskowgo sklepu. Dla wielu Wyspiarzy sama sprzedaż to tylko pretekst do spotkań
z przyjaciółmi i swoistego piknikowania. Dla mnie natomiast – doskonała okazja do „złapania” wielu skarbów. Trudno tutaj, co prawda, o kolekcje od Prady czy Chanel, ale już Miss Sixty, Ted Baker, DKNY czy Hilfiger to norma.
            Poza ciuszkami i butami na pchlich targach znajduję interesujące płyty, filmy (co dla mnie, nałogowego kinomana, jest na wagę złota!), książki, stare meble, ozdoby i fotografie.
Nie do przecenienia są też kolekcje vintage – czasami chwytam się za głowę; ludzie nie zdają sobie  sprawy, jak wartościowe przedmioty wyprzedają za bezcen! Oczywiście, zachowuję pokerową twarz i od niechcenia targuję cenę, chociaż serce tłucze mi się jak szalone na widok skarbu, za który mogłabym oddać siebie i wszystko!


            Alternatywą pchlich targów (dla tych, którzy nie lubią tłumów, smrodu smażonych, angielskich kiełbasek i zgrzytającego w zębach kurzu) są
charity shops 
czyli sklepy z rzeczami używanymi – po części podobne do polskich second-handów, z tą tylko różnicą, że tutaj dochód ze sprzedaży przeznaczany jest na cele charytatywne. Znaleźć je można
wszędzie na Wyspach. Ceny nie są wygórowane i, według moich obserwacji, zależą od grubości portfela klientów (najczęściej są to portfele chude). Najdroższe charity shops znalazłam w elitarnej londyńskiej dzielnicy Kensington. Jednak już na obrzeżach miasta za sweter z kolekcji Soni Rykiel (rozmiar S, omyłkowo przez personel zakwalifikowany jako ciuszek dziecięcy), udało mi się kupic za 50 pensów. Ponieważ nie wyobrażam sobie życia bez rękawiczek i kapeluszy, charity shops dostarczają mi tych towarów tanio i w bogatym wyborze. To również ciekawa alternatywa dla domorosłych krawców. Nie odważyłabym się pociąć spodniz kolekcji Karen Millen i zszyć ich z fragmentami koszuli Burberry oraz krawatem Givenchy, gdybym nie kupiła ich w charity shops!  
            Kto jeszcze nie przekonał się do uroku kupowania markowych ciuchów
za grosze, powinien wiedzieć, że takie polowanie jest nie tylko korzystne dla kieszeni, ale również… trendy! Aktorki Sharon Stone i Jane Seymour targują się zawzięcie w luksusowych butikach i salonach kosmetycznych, a sklepy z tanią bielizną chwalą się takimi klientkami jak Angelina Jolie czy Gwyneth Paltrow. Do historii przeszła już opowieść pewnej kasjerki marketu Tesco, która nieomal zemdlała, widząc, jak książę William podczas zakupów wybiera dla siebie tylko przecenione T-shirty.
Iza Smolarek   
  

Pchli targi – moje rady
        unikaj carbootów, na których spora część sprzedawców handluje „masówkami”,
czyli wieloma identycznymi przedmiotami (kosmetyki, ładowarki do telefonów, narzędzia itp). Carboot to nie zwykłe targowisko; sprzedawca, który czuje i podziela filozofię carbootu, będzie miał na swoim straganie tylko pojedyncze egzemplarze;
        dobry sprzedawca ma emocjonalny stosunek do oferowanych przedmiotów; lubi opowiedzieć, gdzie je kupił albo dlaczego się z nimi rozstaje;
        targuj się! Cena jest zwykle wywoławcza; jeśli zdołasz znaleźć wspólny język ze sprzedawcą (a przecież łączy was podobny gust!), możesz zyskać nie tylko spore zniżki, ale również możliwość nabycia rzeczy, które pozostały w bagażniku. Prawdziwych przyjaciół poznaje się przecież… na zakupach!
        jeśli twoim zamiarem jest „upolowanie” ciuszków albo butów, zwracaj uwagę na to, jak jest ubrany sprzedający. Jeśli łączy was ciuszkowa chemia, koniecznie podejdź do straganu. Nawet, jeśli sprzedawcą jest kobieta,a Ty poszukujesz stylowej koszuli dla swojego męża 🙂
        nie wszystko złoto, co się świeci. Badaj metki, oglądaj dokładnie wykończenia butów,  torebek (te powinny mieć numery licencyjne wewnątrz), ciuszków – unikniesz podróbek). Raczej nie kupuj okularów – w ciągu kilku lat przemierzania pchlich targów ani razu nie udało mi się znaleźć oryginału;
        sprzedawca i jeszcze raz sprzedawca: jeśli ubiera się w zeszłoroczną kolekcję George ASDA, trudno uwierzyć w oferowane przez niego szorty DKNY i torebkę od Prady;
        ja preferuję carbooty ulokowane na dalekich obrzeżach Londynu; według mnie wybór towarów jest na nich większy, a ceny niższe.