OBIADY CZWARTKOWE- KULTURA. „We need to talk about Kevin”

Wredny Kevinek zamiast słodziutkiej kuleczki

            Czy znalazłyście się kiedyś w tak trudnej sytuacji, że zupełnie nie wiedziałyście jak z niej wybrnąć? Miałyście może w swoim życiu taki moment, w którym żadne rozwiązanie nie skutkuje czymkolwiek pozytywnym, a jakakolwiek prośba o pomoc wywoływała u innych śmiech lub obojętne wzruszenie ramion? Jesteście same ze swoim problemem mimo że otaczają was setki osób.

            


           W takiej właśnie sytuacji znalazła się główna bohaterka filmu „Musimy porozmawiać o Kevinie” – Eva (genialna i jak zawsze bardzo charakterystyczna Tilda Swinton), która, jak widzimy od samego początku, nie jest zbyt szczęśliwą „świeżo upieczoną” mamą, ponieważ ten stan wpływa m.in. na całkowitą zmianę jej dotychczasowego stylu życia i na wyprowadzenie się przez nią z ukochanego Nowego Jorku. Ale!, żeby was nie wprowadzić na wstępie w błąd, to nie jest obraz o tym jak głupiutka dziewczyna zachodzi w ciążę i nie może sobie z tym poradzić. Taka reżyserka jak Lynne Ramsay raczej nie pozwoliłaby sobie na tak banalną i bardzo dobrze znaną z wielu produkcji fabułę. Dlatego też zdecydowała się na współpracę z Seamus’em McGarvey’em (zdobywcy za ten film nagrody IFTA w kategorii zdjęcia, a także twórcy podobnych do „The Hours” czy „Nowhere Boy”), który pociął i zmontował sceny w dość trudny, a nawet irytujący w odbiorze sposób. Ułatwieniem na pewno nie są też sytuacje z życia bohaterów z przeszłości i teraźniejszości pomieszane ze sobą do granic możliwości. Jednak nie widzimy scen drastycznych czy brutalnych, ponieważ zostały one zakryte przepełniającym ekran kolorem czerwonym w różnych odsłonach. Oprócz tego, Ramsay zmusza nas też do ciągłego zastanawiania się nad tym kto faktycznie ponosi winę za to wszystko, co się wydarzyło – syn, a może matka?

            Z pokazanych nam scen możemy zobaczyć jak Eva z całych sił pragnie być dobrą matką, ale nie jest przykładem rodzicielki wprost z żurnala. Wiele mam obruszy się zapewne okropnie widząc scenę, gdy główna bohaterka mając dość słuchania płaczu dziecka podchodzi maksymalnie blisko młota pneumatycznego.

Jednak jej syn wydaje się nie być w tych sytuacjach bez winy, mimo utartych stwierdzeń, że dziecko od swojego urodzenia jej zawsze dobre. Jak przekonujemy się już w chwili, gdy Kevin (zagrany najpierw przez Rocka Duera, potem wyśmienicie przez Jaspera Newella, a na koniec przez osobliwego Ezra Millera) zupełnie nie reaguje na polecenia mamy, bardzo długo nie rezygnuje z noszenia pieluch i nie wykazuje chęci jakiejkolwiek interakcji, ponieważ taki właśnie ma kaprys. Kevin rośnie a Eva coraz bardziej zastanawia się czy z jej synem oby na pewno wszystko w porządku. Ze swoimi wątpliwościami zwraca się m.in. do męża Franklina (w tej roli zobaczymy John’ego C. Reilly’ego), który nie widzi w zachowaniu syna żadnego odstępstwa od normy, a bardziej sugeruje Evie, że to ona przesadza.

            Wreszcie, po kilku latach życie Evy ma się odmienić, gdy na świat przychodzi córeczka Celia (grana przez Ashley Gerasimovich). Kevin początkowo zazdrosny po jakimś czasie przyzwyczaja się do obecności młodszej siostry. Wszystko w końcu zaczyna się wydawać uporządkowane, spokojne, normalne. Jednak nikt nie przypuszcza, że to tak naprawdę cisza przed zaskakującą w skutkach burzą, której nikt oprócz Evy się nie spodziewał.

            Całości tak połączonych scen dopełnia muzyka, która jakby nie pasuje do widzianego obrazu, jest jego bardzo ironicznym komentarzem (np. w momencie, gdy Eva wraca do domu z pracy w czasie Halloween, a wokół jej samochodu biegają przebierańcy i wtedy słyszymy jak gdyby nigdy nic „Everyday” Buddy’ego Holly). W dodatku od chwili obejrzenia tego filmu dźwięk ogrodowego spryskiwacza do trawy zacznie wam się niezbyt pozytywnie kojarzyć, ponieważ tutaj zwiastuje on zawsze coś złego.

            Czy polecam? – Zdecydowanie! Ten film jest tak pokręcony, tak dziwny, że nie mogę go nie polecić. Poza tym, wzbudza zainteresowanie także ze względu na tych wiele zastanowień ukrytych w fabule, do których zmusza nas reżyserka Lynne Ramsay, a na jakie zapewne nie znajdziemy jednej odpowiedzi. Do tego, jak pisałam, świetna Tilda Swinton, jak zawsze w dobrym czasie i miejscu.
Magdalena Smolarek