Niesamowita opowieść o muzyce, Afryce i marzeniach

  Tydzień temu próbowałam zachęcić was drogie czytelniczki do kina wypełnionego wspaniałościami kulinarnymi tworzonymi z pasją i miłością, ale i historiami, których wiele z was chciałoby na pewno być częścią… Mam nadzieję, że udało mi się namówić was przynajmniej do jednego filmu, odcinka serialu albo chociaż do herbaty z cytryną i imbirem.

            Dzisiaj natomiast postaram się was zabrać w muzyczną podróż, podczas której będziecie miały okazję poznać wspaniałego artystę, o jakim prawie nikt nie słyszał. To znaczy nikt w Europie czy obu Amerykach, bo w RPA był on porównywany, przez niektórych nawet stawiany wyżej od Boba Dylana.

           

         W miniony poniedziałek zachęcona recenzjami, opiniami znajomych, no i nagrodami, jakie ten obraz otrzymał (nagroda publiczności na festiwalu Sundance, nagroda BAFTA dla najlepszego filmu dokumentalnego, no i tegoroczny Oskar w kategorii film dokumentalny) postanowiłam wybrać się do lokalnego kina na tę bardzo ciekawie zapowiadającą się produkcję! „Sugar Man”, a dokładnie „Searching for Sugar Man” (bo zdecydowanie przez większość czasu poszukujemy głównego bohatera opowieści) to obraz szwedzkiego reżysera i scenarzysty Malika Bendjelloul’a. Zanim jeszcze o fabule warto dodać, że ten 36-letni twórca, żeby coś zmienić, wnieść do swojego życia postanowił po studiach wybrać się ze swoją dziewczyną w podróż życia. Celem ich wyprawy była Afryka, w której  Bendjelloul miał nadzieję znaleźć temat, coś interesującego, cokolwiek na podstawie czego zrobi film. I udało mu się! W RPA dowiedział się o kulcie dotyczącym pewnego artysty o pseudonimie Sixto Rodriguez i tak zaczyna się ta niesamowita opowieść…

            
         

Pewnego dnia tajemniczym muzykiem z Detroit, występującym w lokalnych klubach zainteresowała się wytwórnia płytowa nagrywająca dla największych sław show-businessu. W 1970 roku postanowili z nim podpisać kontrakt i po pewnym czasie powstała intrygująca, pełna mądrych tekstów płyta „Cold fact”. Wszyscy myśleli, że to da Rodriguezowi szansę, że publiczność go pokocha, a wręczenie złotej płyty będzie tylko formalnością. Tak się jednak nie stało, ponieważ jak twierdzi ówczesny szef wytwórni Clarence Avant, sprzedano wtedy, w Ameryce sześć płyt i ani jednej więcej. Rok później nagrał jeszcze płytę „Coming from Reality”, ale i ona nie zyskała szerszego rozgłosu. W tym samym czasie, bez jakiejkolwiek jego wiedzy, zaczynał być sławny zupełnie w innym miejscu, w Afryce, Nowej Zelandii i Australii (choć wątki tych dwóch ostatnich miejsc nie są poruszone w filmie). Co więcej, ludzie w Afryce, szczególnie w RPA, uwielbiali go bardziej niż Beatles’ów, a co ciekawsze nie zdawali sobie sprawy z tego, że reszta świata nawet go nie zna. Oni tak naprawdę też niewiele o nim wiedzieli, jedyne to to, że popełnił samobójstwo podczas jednego z koncertów i ślad po nim zaginął.


            Przypuszcza się, że zdobył tam taka popularność, ponieważ śpiewał o rzeczach normalnych, przyziemnych, takich, które mogą spotkać każdego. Poza tym, muzyka Rodrigueza idealnie wpisała się w trudny czas w Afryce, a mianowicie walkę z apartheidem. Jego wielbiciele odnajdywali w wielu jego utworach słowa, które traktowali jako namowę do walki z panującym systemem.

           

Po wielu latach w RPA nadal jest wielu fanów jego twórczości, m.in. Stephen „Sugar” Segerman (właściciel sklepu z płytami) i Craig Bartholomew-Strydrom (dziennikarz muzyczny). To oni zapragnęli za wszelką cenę poznać choć odrobinę bardziej historię Rodrigueza i zaczęli wszędzie szukać jakichkolwiek opowieści, wzmianek, informacji na temat tego tajemniczego i fantastycznego w ich oczach artysty. I to ich poznał też reżyser Bendjelloul. W tym momencie rozpoczyna się jakby nowy wątek filmu związany właśnie z owymi poszukiwaniami i poszczególnymi faktami, które (jak się okazało) zmieniły historie kilku ludzi.


           

To, co przyciąga do tego obrazu to na pewno świeżość narracji, ale i sposób pokazywania faktów z życia pewnej osoby (bo nie zapominajmy jest to dokument) jakby to był film fabularny, gdzie towarzyszymy głównemu bohaterowi i śledzimy (trzymając kciuki) każdy jego krok. Oprócz tego, oczywiście fantastyczna muzyka, która została wydana, można powiedzieć, jako trzecia płyta Rodrigueza. Na niej znajdziemy takie utwory jak m.in.: „Sugar Man”, „I wonder”, „Crucify Your Mind”, „Sixto Rodriguez – Can’t Get Away”, „The Establishment Blues”, „Cause”. Nie wiem czy wy drogie Lejdiz będziecie miały podobne odczucia jak moje, ponieważ jak pierwszy raz usłyszałam kolejne piosenki to wydawało mi się, że skądś je znam. Może to brzmienie podobne do innych z tamtych lat, a może nawet nie wiedziałyśmy, a słuchałyśmy już kiedyś tego tajemniczego pana z Detroit.


           

Film ten zdecydowanie mi się podobał i mogę go wam polecić, bo był po prostu bardzo przyjemnym obrazem z przepiękną muzyką w tle. Jednak pewna kwestia bardzo mi przeszkadzała, a mianowicie to, że do samego końca nie byłam pewna czy dzieło Bendjelloul’a nie jest przypadkiem mistyfikacją, pseudo-dokumentem albo produkcja podobną do „Zelig’a” Woody Allena z 1983 roku. Mimo moich (mniej lub bardziej słusznych) podejrzeń wszystko wskazuje na to, że to prawda: ktoś taki jak Rodriguez faktycznie nagrał płytę i był sławny w RPA, a nie w Stanach Zjednoczonych…


           

Na koniec dodam jeszcze, że dodatkowym powodem, dla którego chciałam wybrać się właśnie w ten poniedziałek do kina był fakt, że gościem specjalnym pokazu był znany polski krytyk filmowy Tomasz Raczek. Stworzył on nam – widzom tak wspaniałą atmosferę przed filmem, gdy opowiadał o historii reżysera (którego poznał osobiście kilka miesięcy temu podczas pokazu tego obrazu w Warszawie), momentach fabuły, na jakich powinniśmy się skupić, ale przede wszystkim, już po seansie, każdy z widzów mógł wyrazić swoje zdanie w krótkiej dyskusji, której Raczek był moderatorem. Zachęcam was drogie Lejdiz do takich pokazów, ponieważ zupełnie inaczej przeżywa się to, co widzi się na ekranie, gdy ktoś nas tak wspaniale wprowadzi w tematykę filmu, a także można podyskutować z osobami, które mają większą wiedzę na dany temat i zawsze dowiedzieć się czegoś nowego, czego zapewne nie przeczytamy w recenzjach. I zapraszam oczywiście do oglądania filmu „Sugar Man” i posłuchania przepięknych utworów Rodrigueza…


            W ramach post scriptum dopowiem, że warto też kiedyś, jak reżyser Malik Bendjelloul, rzucić wszystko i wybrać się w taką podróż na koniec świata, bo może tam czeka właśnie na nas jakaś nieodkryta historia…
Tekst: Magdalena Smolarek
Zdjęcia: internet