I po świętach…

Autor: Gosia Szwed

Święta, święta i po świętach. Napasione brzuchy, pośladki unoszące się niczym fale Oceanu Spokojnego pod wpływem tornado o wdzięcznym damskim imieniu. Co roku to samo. Narodowy zryw, upstrzone koszyki, jaja malowane, kiełbachy białe w piecu, baby z drożdżową nadwagą, jaja, jaja i jaja.

635420057367154106

20 lat temu jeszcze były nadziewane jedynie pieczarkami, w czasach obecnych nie wypada wręcz kusić prostotą. Co stół, to bardziej wyszukana wersja pierwotnego przysmaku naszych babć. Każdy z nas sili się na miano Masterchefa i umieszcza w białych łódeczkach składniki wyguglowane dzień wcześniej. Czy to łosoś wędzony drewnem wiśniowym z dodatkiem nisko proteinowej śmietany z owsa, czy też awokado z oliwą truflową. To już nie food porn, to zdecydowanie orgia na żywo, gdzie „50 shades of Grey” to pikuś. Zakuci w kajdany smaku i grzechu rozpusty, oddajemy się bluźnierczemu gwałtowi na tradycji. Co bardziej przyzwoici chociaż udają, że wciąż pamiętają, że Wielkanoc to w końcu święto jakoś tam związane z religią, a że nie tylko święci garnki lepią, swoje święta trzeba przesiedzieć, zażreć i robala utopić. Nie żeby to przypadkiem było pogwałcenie przykazań.

Przykazań? A co to? Jest koszyczek, jest chrzanik, jajeczko, wódeczka. Co bardziej zlokalizowany emigranci udają się w tym celu do pubów, domów uciech i domów innych sierot narodowych. Piją. Piją zresztą prawie wszyscy. Poniekąd można to zaliczyć na poczet grzechu pierworodnego i tonących chwytających się brzytwy, żeby go zmyć. Zresztą czy dziś ktokolwiek przejmuje się grzechem? Wychowani w tradycji chrześcijańskiej, jesteśmy jak mutanty, które zdejmują skórę owieczki i wkładają ją głęboko do szafy na czas kiedy wypada być wilkiem i to nie tylko salonowym czy giełdowym.

Codzienność wypełniamy naszym obrazem rzeczywistości, do której zresztą wg Nlp- owców nikt nie powinien mieć wstępu bowiem programować na życie i sukces mamy się sami, bez wpływu środowisk zewnętrznych. To my mamy zdobywać świat, zewsząd kokietują nas hasełka” „weź sprawy w swoje ręce”, uwierz w siebie, żyj dla siebie. A jak to było z tą miłością bliźniego? Notorycznie szantażuję się tymi hasełkami, codziennie wbijam sobie do głowy, że ten dzień to początek czegoś wielkiego, że dziś liczę się ja.

Nauczyłam się nawet nie odczuwać zawodu, że tak się nie dzieje i na przekór losowi nie wyrywam sobie włosów z głowy z powodu braku fajerwerków. Choć przyznaję, czasami czuje się jak alien z planety Porażka, ten który zamiast 3 godzin w siłowni spędził je na zabawie brokatem z dodatkiem ciastoliny, i w dodatku zapomniał kupić jarmużu do zielonego koktajlu jak napychał wózek sklepowy kolejną wersją uczty dla kilkulatków, jeszcze do tego moje ego schowało się gdzieś przy kolejnej próbie pomocy jakiejś zagubionej w odmęcie życia duszy.

Zmutowani psychologicznie ludzie występują w przyrodzie masowo. Trudno ostatnio ustalić co jest normalne, a co nie, co przyzwoite, a co zależy od punktu siedzenia, czy też widzenia, ot jest relatywne po prostu. Nie wiem co na to wszystko powiedziałby Freud. Czy biegłby z koszykiem wielkanocnym do kościoła, czy uprawiał trapeze jogę w pobliskiej świątyni ciała? A może interpretacja snów pozostałaby na poziomie magii bowiem wróżek w dzisiejszych czasach dostatek. Najwięcej ich wśród polityków. Te szczególnie dobrze czytają z fusów. Ot taki Nigel Farage np. Postanowił znienawidzić emigrantów i ich właśnie obwinić za wszelkie problemy wysp brytyjskich mimo oczywistego braku takowych dowodów w postaci danych. A czemu nie? Kto mu zabroni? Równie zabawną odpowiedzią na jego ataki jest wyzwanie go na pojedynek przez polskiego księcia patriotę- Jana Żylińskiego, który de facto jest praktycznie od zawsze londyńczykiem. Po polsku jednak, z waleczną butą właściwą bohaterowi „ Potopu” zamachał szabelką, staropolskim zwyczajem proponując walkę w obronie honoru ojczyzny. Czy to grzech? A nie! Kto mu zabroni?

Takich patriotów jest w Wielkiej Brytanii całe mnóstwo. Mieszając z błotem muzułmanów, którzy obnoszą się ze swoimi zwyczajami, sami wymachują polską szabelką słowną. Najwięcej narodowców jest wśród tych, którzy od lat żyją w Wielkiej Brytanii, którzy na co dzień jedzą fasolkę z puszki, pieczone ziemniaki, popijają angielskim ale i ekscytują się fysz end czypsem nad morzem, do którego zresztą każdemu dość blisko. Oczywiście fejs tu fejs od „ciapaka” papierosy kupi, ale w domu zbeszta całą nację. Nie będzie „obcy” pluł nam w twarz.Ot taki pasztet wielkanocny. Po trochu wszystkiego, jestem Polakiem, ale nigdy do Polski nie wrócę, na wakacje chętnie pojadę. Do kościoła popędzę, żeby sąsiedzi widzieli, ale w sumie to jest mi wszystko jedno po co. Nauczeni z dziada pradziada nietolerancji hejtujemy z zasady każdą inność, ot tak w imię miłości bliźniego. Mutacja psychologicznych genotypów przechodzi z pokolenia na pokolenie. Życzyłabym sobie aby te święta i kolejne były dla nas coraz bardziej zrozumiałe i symbolicznie stawały się nowym początkiem, oby szabelki spłonęły na stosie, food porn przybrało formę minimalizmu skandynawskiego z nutą zdrowej kreacji. Może wtedy falujące brzuchy zeszłyby na niziny, zamiast uprawiać wspinaczkę wysokogórską, a nasze umysły zostały przygotowane na nowy, wyzwalający z brzemion przeszłości początek, niezależnie od tego gdzie życzymy sobie w danej chwili mieszkać.