Dwujęczny dylemat

            Ze względu na moje zainteresowania i prace poświęcone wpływowi języka niderlandzkiego na polski u dzieci dwujęzycznych mieszkających w Holandii, zostałam zaproszona na spotkanie z polskimi mamami, które odbyło się 20 marca w Schiedamie w Wijkcentrum Oost. Magdalena Domańska-van Dijk poprosiła mnie, abym opowiedziała o dwujęzyczności i odpowiedziała na pytania, które nurtowały przybyłe osoby.

Gdy weszłam, uczestniczki spojrzały na mnie z ciekawością. Wypowiedziałam pierwsze zdania i od razu zasypała mnie lawina pytań. Spędziłam tam niezwykle miły poranek w towarzystwie wielu bardzo interesujących kobiet. Połączyło nas to, że mieszkamy w Holandii i wychowujemy dzieci w dwujęzycznym środowisku.
            Spotkanie to przekonało mnie, że temat dwujęzyczności jest bardzo żywy i , co niepokojące i przykre, dla niektórych osób pozostaje kłopotliwy. Podczas gdy język powinien być przygodą, dla wielu, niestety, staje się problemem. Matkom od zawsze towarzyszą pytania i wątpliwości, czy postępują dobrze, czy to, co i jak robią, dobrze wpływa na rozwój ich dziecka. Do wszystkich „standartowych” pytań dochodzi jeszcze to jedno: Co mam począć z drugim językiem?


            Przyjeżdżając do Schiedamu chciałam przekonać mamy, że ich dzieci dostają prezent, a nie dodatkowy ciężar, co z uporem powtarzała mi nauczycielka polskiego na Uniwersytecie Amsterdamskim. W ramach przygotowań do spotkania znalazłam w Internecie zaskakujący artykuł napisany na podstawie pracy pani prof. zw. dr hab. Jagody Cieszyńskiej. Autorka przekonuje czytelnika, że dwujęzyczność jest przereklamowana i tak naprawdę ma sporo minusów. Rety – pomyślałam zaskoczona – minusy to jest właśnie to, czego obawiają się mamy!
            Byłam bardzo zdziwiona tym artykułem, ponieważ zazwyczaj spotykałam opracowania naukowe traktujące ten temat z całkiem innej strony, podkreślające właśnie dobry wpływ dwujęzyczności na rozwój dziecka. Tekst mówiący o tym, że dwujęzyczność jest przereklamowana, bazujący (o zgrozo!) na strachu i obawach rodzica, przygotował mnie na pytania, które później pojawiły się podczas spotkania z mamami.
Pomyślałam, że po lekturze takiego artykułu każda matka mieszkająca za granicą byłaby przerażona. Bardzo trudno jest wobec tylu tytułów naukowych wypowiadać ostre komentarze typu – co za dyrdymały, zupełnie się z tym nie zgadzam! Zdałam sobie sprawę z tego, że to, co tam przeczytałam, było niczym oliwa dolewana do ognia obaw rodziców. Strach przed zrobieniem krzywdy dziecku drugim językiem powoduje oczywiste następstwo – likwidację źródła zagrożenia. To naturalne, że jeśli mieszka się w Holandii,  nie można zrezygnować z języka, którym dzieci posługują się w szkole. Dlatego rodzice zaczynają mówić do swych pociech po niderlandzku. Polska mowa umiera wówczas cichą śmiercią. Na szczęście na spotkaniu w Schiedamie dowiedziałam się, że rodzice nie rezygnują z żadnego języka. Nie musiałam nikogo w tym gronie przekonywać, że komunikowanie się z dzieckiem w mowie ojczystej ma znacznie więcej stron pozytywnych niż minusów.
            Badań na temat dwujęzyczności przeprowadzono już bardzo wiele i naukowcy będą nad nią nadal pracować. To również temat, który będzie spędzał sen z powiek jeszcze niejednemu opiekunowi tak długo, jak będą się rodzić dzieci par mieszanych lub poza ojczyzną obojga rodziców.
            Na spotkaniu wspomniałam tylko o niektórych badaniach poświęconych dwujęzyczności, ale jedno z nich wywołało szczególne poruszenie. Katrien Mondt, naukowiec z Vrije Universiteitw Brukseli, przeprowadziła badania na temat wpływu dwujęzyczności na naukę matematyki u dzieci. Wyniki jej badań są zaskakujące. Dzieci, które od maleńkiego uczą się dwóch języków, nie mają żadnych problemów, gdy zaczynają w szkole rozwiązywać zadania rachunkowe,. Dlaczego ta informacja wywołała takie poruszenie? Dlatego, gdyż prawie wszystkie mamy, których dzieci chodzą już do szkoły, potwierdziły, że radzą sobie one świetnie dodając, mnożąc i dzieląc.  O wynikach tych badań można przeczytać w magazynie Indigo. Maart 2007, Vol 1.
            Matki miały wiele pytań, ale jedno uporczywie powracało: mówię po polsku,  a moja córka, mój syn odpowiada po niderlandzku. Co powinnam zrobić?
Tak dzieje się, gdy maluch wie, że mama zna też ten drugi język. Znam historie matek, które wymuszały na dzieciach odpowiadanie po polsku. Nie jest to jednak najlepsza metoda. Dziecka nie powinno się zmuszać, bo zazwyczaj ma to całkiem odwrotny efekt. Co w takim razie robić? Nie poddawać się i mówić po polsku, bawić się po polsku, czytać bajki. W pewnym momencie dziecko samo zacznie odpowiadać. Nawet jeśli teraz nie mówi, ma jednak kontakt z mową, poznaje słowa a to wszystko zapisuje się i pozostaje w pamięci. Widać to szczególnie w chwilach, gdy taki maluch spotyka się z babcią i dziadkiem, wtedy pojawiają się słowa, których dziecko samo wcześniej nie użyło, ale słyszało od rodzica.
            W Schiedamie zaszokowała mnie natomiast wypowiedź jednej z mam, która opowiadała, że jej syna wielokrotnie karano w szkole za rozmowy z kolegą w języku polskim. To oczywiste, że nauczyciel chce rozumieć, o czym rozmawiają dzieci.  Nie należy jednak wysyłać do dziecka tak wyraźnego sygnału: za mówienie po polsku zostaniesz ukarany. Podobno chłopiec ten miał za karę na kartce wiele razy napisać: nie będę rozmawiał po polsku! Można dziecko ukarać za rozmawianie na lekcjach, lecz nie za mówienie po polsku. Takie problemy nauczyciel powinien rozwiązywać w inny sposób.
            Język polski jest częścią tożsamości nas, rodziców. Jeśli nie przekażemy go dzieciom naturalnie , nie damy im możliwości, by poznały nas w pełni. Na dodatek jeszcze odbierzemy im istotną  część ich samych, a tego przecież nie chciałby żaden rodzic.
Tekst: Agnieszka Steur
Autorka jest magistrem wydziału kultury i języków słowiańskich Uniwersytetu w Amsterdamie, jej pasją, jak sama przyznaje, jest dwujęzyczność. Zajmuje się nią zawodowo tym zagadnieniem i bierze czynny udział w spotkaniach niemu poświęconych. Więcej na temat autorki znajdziesz tutaj: wywiad z Agnieszką Steur.