Czy warto dziś być poetą?

Autor: Gosia Szwed

Polska to niezwykła kraina. Od dawna nikt nie ceni wartości intelektualnej, od dawna nikt nie chce płacić za słowo, a mimo wszystko książki powstają jak grzyby po deszczu i to niekoniecznie najwyższych lotów. Loty te bowiem obniża jakość, słowo stało się bardzo pospolite. Nikt nie sili się na retorykę, ani też na wykorzystanie możliwości języka przodków, a tym bardziej na tworzenie nowej jakości języka. Co drugi celebryta, nie ważne czy tylko sprząta, czy też jedynie wygląda, uważa że pisać z jakiegoś powodu powinien i tylko takie słowo się sprzedaje.

Bowiem Polak lubi hejt. Jak miło jest poczytać, a później skomentować jak źle ów wyczyn jest napisany, jakże bezmyślnie skopiowany z innej historii. Wszystko to przypomina taki internetowy torrent. Coś napisał ktoś aby kopiować mógł ktoś. Oby trafił na lepszy dział marketingu, bo obecnie to właśnie te działy kreują rzeczywistość. W Polsce łatwiej o debatę publiczną na temat aborcji czy genderyzmu, albo akcję przeciwko tęczy niż o dobrą książkę. Może to właśnie banda nudziarzy, która zakłada swe kauczukowe okulary i czapki niewidki i pieje o Bogu, który nie akceptuje inności, jest po części odpowiedzialna za wymieranie kreacji twórczej. To co pisarz, poeta, literat czy inny twórca sztuki słowa wiedzieć powinien, obecnie sprzedają internety. Byle szybko, byle do rzeczy, żeby seks był, żeby była krew i przygoda. Ot tak na zasadzie buntu przeciw „ogólnie” przyjętym normom. Nie należy pisać językiem zbytnio metaforycznym bo pokolenie urodzone po roku 1990 roku już go nie zrozumie. Pokolenie wychowane na McDonaldzie spija słowa niczym Coca- Colę w zestawie XXL. Szybko, nie trawiąc, wyrzuca do kosza książkę po konsumpcji. W dodatku pije bo musi, a nie bo ma potrzebę odchamiania.

Kiedyś pisarz, literat, poeta czy inny twórca cieszył się społecznym poważaniem, był adorowany, doceniany, wynoszony na piedestały. Być jednym z nich to był zaszczyt, być wśród nich- wyróżnieniem. Nie musiał zniżać się do poziomu masy pracującej, patrz- tej, która na życie zarabiała ruchem ciał, nie mózgu. Wszyscy chcieliśmy wierzyć, że mają ponadprzeciętne talenty i są warci wynoszenia na ołtarze, chcieliśmy mieć ideały. Potrzebowaliśmy wartości słowa, nie tylko notki informacyjnej o nowym produkcie. Potrzebowaliśmy ich i literaci mieli się pysznie, nie narzekali na brak środków do życia.

Dziś nie ma już autorytetów. Wszystko się sypie. Nawet papież wydaje się zbyt swojski, a ikonami literatury okazują się milionowe produkcje, które wprost traktują życie i potrzeby czysto fizyczne człowieka. Zanikła potrzeba literatury pięknej, pojawił się trend literatury dobitnie dosłownej, ze szczegółami opisujące akty seksualne, bądź dźganie czyjegoś gardła. Dinozaury polskiej sztuki słowa takie jak: Gretkowska, Wiśniewski, Tokarczuk powoli odchodzą na półki w bibliotece publicznej z napisem „historia”. Uwielbiany Paulo Coehlo z wiekiem nabrał wody w słowa i nie sili się zbytnio na oryginalność, czy nadmiar filozoficznych wywodów. Jego ostatnie dwie książki schowałam głęboko i nie wracam do nich, wolę „Alchemika”, albo „Weronika postanawia umrzeć”. Jednak to już klasyki, stoją obok Bułhakova i Grudzińskiego, zadziwiająco patrząc na siebie z sympatią. W katolicznie dwulicowej Polsce fenomen Coehlo zaistniał bo ktoś odważył się na tacy położyć prawdę złożoną z ludzkich słabości, zakwestionować obłudę i poczynić krok w stronę literatury niepolitycznego faktu. Jakże nowatorska była historia masturbacji w „Weronice…” kiedy w kraju nad Wisłą opowiadano jeszcze legendy o Smoku Wawelskim i czytano poczciwego Mickiewicza.

Się posypało. Dziś pisarz ma nie lada wyzwanie. Nie może pisać historii od serca, nie może silić się na skomplikowaną polszczyznę, bo nikt go nie zrozumie i będzie sobie pisał, a muzom. Tematykę musi dobierać równie skrzętnie, żeby nie obrazić nikogo, kto potencjalnie tą książkę mógłby wydać, politycznie musi być, nie nowatorsko. Jednocześnie dzisiejszy czytelnik wszystkim się nudzi. Żyjemy bowiem szybko, bez trzymanki, gdzieś między piekłem a niebem, a może lodzikiem pod biurkiem, kościelnym ślubem a szybkim rozwodem. Gdzieś na holidaya pojechała moralność, włączył się życiowy twitter. „Dziś mnie kochasz, jutro nienawidzisz”– śpiewał Sweet Noise i Anna Jopek w zamierzchłej przeszłości. Tak sobie działają media. Robią z mózgów papkę, taki niezdrowy porridge, przeładowany cukrem, arszenikiem i czym popadnie. Wczoraj przeczytałam wywiad pochwalny pewnego przedsiębiorcy, aby dziś zobaczyć tekst, który miesza go z gnojem. I jak tu wierzyć mediom? Czy komukolwiek? Poeta wciąż cieszy się uznaniem, ale nie w Polsce. W kraju gdzie stadiony wychodzą z wody i rycerze biegają po ulicach stolicy, liczy się ile masz, nie co sobą reprezentujesz. Co jakiś czas zaczepia mnie jakiś miły Polak, po kilku zdaniach wstępu, następuje rozwinięcie i szereg pytań: czym się zajmuję i ile się nad tym da zarobić? Cóż za bezczelność. Czy ktoś kiedyś pytał dziennikarzy czy literatów ile zarabiają? Zresztą co pięknego mają dziś opisywać, kogo podnosić na duchu jak każdy internauta uważa się za autorytet? O czym pisać kiedy żyjemy w epoce gdzie jedzenie nazywa się pornografią a pornografię literaturą? Ja wciąż i niezmiennie jaram się słowem. Choć staram się żyć organicznie i praktycznie, doceniam tych, którzy ważą słowa i mieszają ze zdolnością ich komunikowania w sposób nieprzeciętny. Nieważne czy ktoś ich potrzebuje czy nie, żonglerów słowa nie wypada się pytać czy im się owa sztuka opłaca.