„Bianco” w wykonaniu Nofit state circus w Roundhouse w Londynie

To prawdziwy powietrzny punk na linach, trapezach i rusztowaniach, doskonale wpasowujący się w stylistykę dzielnicy Camden w Londynie.  A Roundhouse – niegdyś londyńska lokomotywownia  – gdzie aktualnie występuje zespół Nofit state circus, jest genialnym miejscem na awangardowa przedstawienia.  Wysoka na co najmniej 20 m, okrągła katedra, pośrodku stalowe skomplikowane konstrukcje obwieszone przerażającymi narzędziami tortur – linami, taśmami karabinkami. Publiczność, jak w teatrze promenadowym, kręci się dookoła tych dziwnych struktur i jest przesuwana z miejsca na miejsce podczas przygotowań do kolejnych numerów.  Eklektyczna, intrygująca scenografia: lekko przymglone oświetlenie, niezwykłe rekwizyty na których odbywają się akrobacje, jak na przykład czajnik elektryczny lub przemysłowe stalowe lampy. Sypią się czerwone płatki róż i białego śniegu, są połykacze ognia, leje się woda. 


Artyści od samego początku są wśród nas – jeżdżą na rowerach, podśpiewują; możemy z bliska zobaczyć, jak przebierają się do występu, montują liny, klamry, karabinki. Zgrabne dziewczyny upinają powłóczyste suknie, które spadają wraz z początkiem akrobatycznych wyczynów na trapezach, odsłaniając gorsety, koronkowe rajstopy i wytatuowane ciała.  Muskularni chłopcy wspinają się na stalowe konstrukcje, umocowują zabezpieczenia, sczepiają i rozczepiają białe metalowe klatki, w których lub na których odgrywane są kolejne epizody tego spektaklu. Ale występuje nie tylko piękna młodzież. Starsi artyści ubezpieczają te nieziemskie istoty  – przytrzymują liny, przeciwważą trapezy, sprawdzają klamry i węzły.  Gwiazdy przedstawienia to zdecydowanie trapezistka Sage Bachtler Cusman oraz występujący na taśmach Augusts Dakteris. Fascynujący jest również żongler Hugo Oliveira ze swoim portugalskim egzystencjalnym (chyba) monologiem oraz Ariele Ebacher w prawdziwie teatralnym spektaklu na linie.

Trudno powiedzieć, co łączy to przedstawienie w jedną całość.  Nie bardzo można całkowicie zrozumieć intencje Firenzy Guidi.  Ale jest to na pewno dzika anarchiczna energia cyrkowców. Każdy występ to eksplozja witalności i dynamiki. Przerwy między pokazami akrobatów i żonglerów wypełnia ogólny rozgardiasz, podskoki na trampolinach, śmiech, wrzask i gorączkowe przygotowania do następnego numeru.  Muzyka na żywo dodaje tej energii – słyszymy trąbkę, akordeon, gitarę basową, ukulele, syntezatory jak i niezwykły wokal Andy Moore. Zespół muzyczny to dodatkowy atut tego przedstawienia.


I choć niekoniecznie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem – czasem widać lekkie zachwiania i potknięcia artystów – nie ma to większego znaczenia. Nofit state circus to nie musi być czysta perfekcja bo , jak mówi się pod koniec spektaklu,  „każdy w końcu dociera do miejsca przeznaczenia”.  
Tekst: Gosia Furlong
Zdjęcia: internet