Bajka o tym jak podbiłam świat bez grosza przy duszy

                                                      
6.00 rano

Paskudnie zimny wiatr otacza mnie ze wszystkich stron. Nie poddaję się i walczę z siłami natury oraz grawitacji. W samolocie wypiłam jedynie lampkę wina. Cena była okazyjna więc spakowałam podręczny świat i udałam się w nieznane.
Powiedzieli, że Paryż to miasto piękne i romantyczne. Nie żebym narzekała, ładne budynki panoszą się wokół, szczując zapachem historii. Uff dojechałam do Miasta! W zasadzie do jakiegoś budynku, który zwie się hostelem. I tu zaczął się dramat…bądź jak kto woli historia o tym jak przeżyć bez grosza na Obczyźnie.
W metrze tak urzekły mnie historyczne mozaiki i króżganki wyliniałych balkoników i schodowych korytarzy, że nie zauważyłam jak jeden z licznych usłużnych panów o ciemnej karnacji (chyba niezupełnei francuskiej krwi), obdarł mnie z mojego człowieczeństwa!
Portfel pusty, droga do domu daleka. Jak tu przeżyć?


Krok pierwszy- nowa koncepcja na mieszkanie

Zapukałam niewinnie do wielkich, drewnianych drzwi, opatrzonych w mosiężną kołatkę. Drzwi otworzył(a) mi pani, do złudzenia przypominająca pana. Nazywam się Eva*- padło przyjazne powitanie. To były drzwi do squat! Słyszałam wiele mitów o tych miejscach, że to niby wylęgarnia narkomanów, przytułek dla nieudaczników czy złodzieji.
Squat okazał się być miejscem niezwykle przyjaznym i inspirującym. Jakże mogłabym narzekać. W końcu uratowali mi życie. Obrończyni mojego honoru okazała się transwestytą, który przybrał kobiecą formę i nazwał ją Eva*. Była słowiańskiej krwi i malowała bohomazy. Ponoć jeden z wielkich krytyków sztuki, stały bywalec naszego przytułku zakochał się w jej twórczości i zaoferował sponsoring, wystawę i kuratelę. Ona jednak, chcąc pozostać niezależną, odmówiła. No właśnie niezależność- to jest to co dominuje w umysłach sztukotwórców squatów w Paryżu. Oczywiście każdy uważa, że jest niezwykły, dotknięty pędzlem Boga, szczególnie po wypaleniu kolejnej porcji haszyszu, który nomen omen w owym miejscu jest zabroniony. W Paryżu- stolicy kultury nawet w squat można pić jedynie wino i o dziwo jest co jeść, choć nie dla mięsożerców niestety. Sklepy chętnie popierają działania kulturalne i wspomagają bohemę artystyczną świeżymi bagietkami z rana, torbami soczewicy, fasoli, czasami trafią się nawet jajka i dynia. Ponoć istnieją także jakieś rozwiązania rządowe wspierające ich działalność, umożliwiające raz na jakiś czas zakupić produkt do wspólnej miski. Jednak czas, który spędziłam wśród nich czyli zaledwie miesiąc nie pozwolił mi na zgłębienie tej tajemnicy. Z czasem jednak bagietki znikały coraz szybciej, na śniadanie pozostawał jakiś nędzny listek jednej z licznych sałat, spożytych wieczorem.

Trzeba było rozejrzeć się za czymś, co by pozwoliło mięsożercy wrócić na ścieżki jaskiniowców! Upolowałam ‘darmówki’ przy cmentarzu Per Lachaise, rozdawane codziennie o 18stej. Czaiłam się wokół nich przez kilka dni aż w końcu instynkt kazał mi podążyć swoim tropem. Zamiast na grób Jima Morrisona czy Edite Piaf, tym razem udałam się po darmową paczkę, z przeznaczeniem dla bezdomnych.  Jakież było moje zaskoczenie jak w zgrabnym pudełeczku znalazłam świeżą bagietkę, puszkę wędliniastą, ser żółty, topiony, kawałek ogórka! Matko cóż to była za uczta. Wyobraźcie sobie, że był tam nawet deser- forma nieco rozwodnionego budyniu ale zawsze. W końcu od kilkunastu dni jadłam jedynie soczewicę z ryżem. Musiałam ukryć swoją zdobycz, aby nie wzbudzić  oburzenia współmieszkańców więc resztki, które przechowałam na śniadanie umieściłam pod kocem. Wraz z napływem świeżej dyni nauczyłam się nieco o tajnikach kuchni ajurwedyjskiej. Oczywiście bezmięsnej. Szkolona byłam przez nauczyciela, który spędzał pół roku w Indiach, pół we Francji. Zarówno w jednym, jak i drugim kraju uczyłJ W Indiach- francuskiego, we Francji- tajników masażu i kuchni ajurwedyjskiej.  Pierwszy raz smakowała mi ta papka ale zasady wege ajurwedyjskiej kuchni złamała paczka z cmentarza. Instynkt przetrwania był silniejszy.

Paryżewo na piechtę

Czy wyobrażacie sobie znaleźć się w obcym kraju, bez możliwości porozumienia się z mieszkańcami, bez portfela wypchanego wakacyjnymi eurosami?
Nie tylko mój chwilowy domek znajdował się przy zabytku klasy zerowej- cmentarzu Per Lachaise ale także w niewielkiej odległości od sławnego handlowego deptaku (Champ Elysee Avenue) i łuku triumfalnego. Nigdy nie byłam religijną maniaczką a w Paryżu pokochałam właśnie kościoły. Katedra Notre Dame, bazylika Sacre Coeur czy Saint Denis…owe miejsca zasiewały spokój w mojej duszy wędrowca, upewniając mnie w przekonaniu, że jutro będzie lepiej.  Byłam wszędzie gdzie dociera przeciętnie ciekawy turysta, do tego zwiedzając po drodze uliczki, serwujące pachnącą kawę i croisanty. Nawet zdarzyło mi się po drodze zaproszenie na kawę i ciastko od uroczej niemieckiej pary, która szukała kolejnego miejsca zainteresowań masowych. Przyznam się szczerze, że jeszcze nigdy w życiu ani przedtem ani potem croisant nie smakował tak doskonale. Moulin Rouge i drzewa kasztanowe, które tak dumnie miały zdobić owe tereny niestety mnie zawiodły. Teatrzyk mały, nieco zapadły, drzewa ogołocone i mizerne. Gdzie im tam było do naszych pięknych kasztanowców. Zwykły Pigalak.Zatęskniłam za domem…i spacerem udałam się do tymczasowego.

Uwiodły mnie muzea…weszłam do Pompidou i  Luwru wraz z wycieczkami. Zatem i tym razem się udało wykorzystać słowiański spryt. Nie tylko zwiedziłam muzea ale także posłuchałam licznych wykładów o historii obrazów i twórców. Dobra wiadomość dla oszczędnych- przynajmniej kilka razy w miesiącu do muzeów można wejśc za darmo. Oczywiście tu trzeba mieć cierpliwość i postać zazwyczaj w kilkugodzinnej kolejce. Polecam w tym czasie naleśniki np. Są serwowane praktycznie wszędzie i z różnym nadzieniem. Kolejny przystanek- Montmarte. Jeśli kochasz sztukę malowaną, koniecznie musisz tam zajść. Doświadczysz atmosfery niczym z ubiegłego stulecia. Wokół Ciebie będzie się kłębił tłum artystów różnej maści i talentu. I wreszcie największy zawód jak dla mnie. Droga była daleka choć słońce przyświecało, niemiłosiernie dłużył się dystans pomiędzy mną a symbolem Francji- wieżą Eiffel’a. Czy słyszałyście kiedyś opinię, że to nic ciekawego? Stoi wieża z żelaza, w środku miasta i rdzewieje. Od razu na myśl przyszedł mi szlachetny Pałac Kultury. Nieco działań marketingowych i znajomy pałac mógłby z powodzeniem zastąpić kupę żelastwa na licznych koszulkach czy porcelanie z jej wizerunkiem. Świat zawirował, kiedy postawiłam nogę na dachu widokowych Galerii Lafayette.  Mogłam chociaż dotknąć oryginałów Hugo Bossa, Diora czy Laurena. Z dachu rozprzestrzenia się widok na całe miasto, nagle nawet wspomniana wieża wydaje się być urocza ( a może to był wpływ najnowszej torebki Vievienne Westwood?).
Paryska przygoda zakończyła się po miesiącu wraz z pierwszym wpływem gotówki od zaniepokojonych moim zniknięciem przyjaciół. Moje ciało uniosło się na promie w poszukiwaniu drogi ku przeznaczeniu.

Witaj Królowo!

Wylądowałam w Wielkiej Brytanii. Bardzo originalnie rozpoczęłam przygodę z owym krajem- wśród licznej grupy Polaków, którzy już nieco wcześniej przybyli szukać tu swojego szczęścia.  Nawet najtańsza kanapka w Mc Donaldzie wydała mi się nieziemsko droga. Wówczas kosztowała 5x więcej niż w Ojczyźnie. Była dla mnie nieosiągalna. Musiałam znaleźć nocleg, żeby nazajutrz rozpocząć swoją przygodę w Królestwie.Nie było dla mnie miejsca na Ziemi. Nie chciałam już korzystać z dobrodziejstwa squatów, tym bardziej, że angielskie nie cieszą się najlepszą sławą. Odwiedziłam dwa i to mi wystarczyło. W jednym polski złodziejaszek, w drugim agresywny narkoman. Nie chciałam tak żyć. W końcu na szybie jednego z miejsc noclegowych moim strudzonym oczom, ukazał się widok piękny- ogłoszenie o poszukiwaniu ‘cleanera’. Pobiegłam z nadzieją i zostałam na dwie noce. Co prawda szef skąpiec zapomniał zapłacić ale co tam. Przespałam dwie noce- bezpiecznie i za darmo. Szłam przez miasto w akompaniamencie deszczu, szukając zajęcia, które pozwoliło by mi zostać na Wyspie. Znalazłam. Zajęło mi to niecałe 5 godzin. Zacięcie, z entuzjazmem pukałam do każdych drzwi. Dostałam pracę w miejsce innej Polki, w jednej z renomowanych kawiarni. Znalazłam nowe lokum w innym hostelu i mieszkałam tam aż do czasu pierwszej wypłaty. Spałam za darmo bo przecież nie miałam jeszcze czym zapłacić. Po tym czasie byłam już tak zaprzyjaźniona z managementem noclegowni, że odeszłam z oszczędnościami w postaci kilku setek funtów i pokaźną torbą jedzenia, pozostałego z dnia poprzedniego w restauracji. To niesamowite ile i jak drogiego jedzenia się marnuje codziennie w każdej z nich! Ani jedna potrawa nie zdradzała śladów przeterminowania czy też bezużyteczności.

Dalej w las…

Praca, pokoik w mini domku, praca, pokoik, i tak przez kilka miesiecy dociągnełam do dwóch tysiączków oszczędności.  Jednak pamiętając wciąż o chwilach trudnych, pewnego dnia wzięłam z restauracji kwiaty, przeznaczone do wyrzucenia z zamiarem uzdatnienia, uczłowieczenia mojego gniazdka. Jednak po drodze znalazłam krzesło wystawione na śmietnik historii. Podjęłam wyzwanie, zabrałam rozbitka, po drodze wpadając na pomysł obrotu mojej idei o pięknie pokoju w żywą gotówkę. Kwiaty sprzedałam przechodniom a krzesło jako, że noc objęła mnie swoim ramieniem, użyczałam niezwykle zmęczonym pracą naganiaczom restauracyjnym za drobną opłatą ‘10p per 1 minute’. Londyn żyje nocą i nie przejmuje się zasadami czy konwenansami. Wynajmowanie krzesła okazało się strzałem w dziesiątkę. Zatem do domu nie wracałam już głodna- w restauracji, w której stawiałam pierwsze kroki kelnerskie, dawano nam przydział w postaci jednego posiłku dziennie+ była szansa na jakieś ‘odpadki’, które miłosiernie zabierałam do domu w celu przetworzenia.  Do tego akcje recyclingowe przynosiły całkiem niezły zastrzyk gotówki.

Słyszałam także o opcji mieszkania u angielskiej rodziny, sprzątania lub opieki nad dzieckiem bądź też jednego i drugiego. Dla globtroterów, którzy nie mają odwagi aby pozostać bez niczego, taka opcja wydaje się najbezpieczniejsza. Co prawda słyszałam historie rodzin Adamsów, które nie dawały opiekunkom jeść, wydzielały kromki chleba na tydzień, nie dawały żadnego czasu wolnego i wymagały pracy ponad ludzkie siły. Na szczęście to są wyjątki. Większość rodzin zapewnia wikt i opierunek.

Nie wierzysz, że można zwiedzić świat bez fortuny, oto dowody, że wszystko jest możliwe. Może kiedyś okrążę cały świat?   


Gosia Szwed