4 i 5 mila z „17 mil” Karoliny Markockiej

                                                         

                           -4 mila-
Ludzie nieczuli i egoiści to zazwyczaj przypadki beznadziejne. Wołasz „POMOCY!” A oni? Oni widzą aż dwie dziury w „o”.
Rozchorowałam się. Zaczęło się od bólu gardła, poprzez katar, gorączkę, ból głowy, osłabienie organizmu. Winna temu była pogoda i generalnie stresująca atmosfera. To normalne w Londynie, że jednego dnia jest +32°C, a drugiego +10°C i przez cały dzień spadają z nieba strugi deszczu. Dzień, w którym miałam rozpocząć pracę w restauracji zaczął się pechowo. Już o 8:00 rano stałam na stacji metra w kolejce po bilet. Wzięłam ze sobą £6, będąc święcie przekonaną, że całodzienny bilet do centrum kosztuje jak zwykle £5,40. Okazało się jednak, że do 9:30 rano obowiązywała inna cenna-ok.8£. Ponieważ Austina odebrała mi już moje klucze do domu, biegłam z powrotem mając nadzieję, że nie zdążyła jeszcze wyjść z domu. Z kolei pół godziny później kiedy chciałam się przesiąść w linię centralną, okazało się, że jest zamknięta. Czy jest coś pewnego na tym świecie? Chyba tylko to, że nic nie jest pewne. Czułam się coraz gorzej. Zamiast wyleżeć przeziębienie, ja je próbowałam zgubić biegnąc ze stacji Bond Street aż do głównego biura „Sofry”, przy Tavistock Street na nogach. Po wypełnieniu niezbędnego formularza, pojechałam do pracy. 


Huseyin Ozer- właściciel sieci Sofra
Czułam się prawie jak w Turcji, mając wokół siebie samych Turków. Musiałam nauczyć się bardzo wiele w krótkim czasie. Nie była mi obca atmosfera restauracyjnego gwaru i pośpiechu. Co prawda od ponad roku nie pracowałam jako kelnerka, ale wszystko wróciło do mnie jak bumerang. Wołało mnie po pięć osób na raz, każdy chciał mi coś pokazać, przekazać i powiedzieć. Głowa puchła mi od gorączki i od zamieszania. Musiałam jednak wytrwać. Miałam do nauczenia około sto pozycji z kart dań, win i deserów oraz układu całej masy stolików, które były ponumerowane w dziwny, ale na pewno nielogiczny sposób. Komunikowałam się po angielsku, żartowałam po turecku. Wszyscy wpadali w zachwyt pomieszany ze zdziwieniem zachodząc w głowę skąd ta dziewczyna zna turecki. Ja natomiast rzucałam jakieś zabawne odpowiedzi kursując pomiędzy restauracją a kuchnią. Byłam dla nich ciekawostką, która jak to wszystkie nowości pewnie za jakiś czas zestarzeje się i spowszednieje. 
Po restauracji przechadzał się sam właściciel wszystkich siedmiu z nich. Ja to mam szczęście. Oczywiście, że w pierwszym dniu pracy musiałam natknąć się na samego wezyra. Wyglądał trochę jak szalony artysta-malarz albo muzyk. Był raczej pod sześćdziesiątkę, miał farbowaną brązowo-rudawą czuprynę, wydawał się mieć surowe oblicze. Okazał się jednak całkiem sympatycznym człowiekiem. Uścisnął mi dłoń w zachwycie, kiedy zagadałam do niego, że moim marzeniem jest otwarcie tureckiej restauracji w Krakowie. Kładłam na stoły świeże obrusy, kroiłam pitę jako przystawkę, otwierałam wino, fruwałam po schodkach prowadzących do kuchni, krótko mówiąc wszystko byłoby całkiem dobrze gdybym nie miała się tak podle. Z powodu bólu gardła nie mogłam się napić nawet szklanki wody. Do tego z głowy nie wychodziła mi oplątana gorączką myśl, że wciąż nie miałam dokąd się przeprowadzić.

Drugi dzień pracy. Po zażyciu większej dawki antybiotyku i kilku innych medykamentów, czułam się już lepiej. Zespół kelnerów okazał się fajny i zawsze chętny do pomocy. W godzinach wieczornych, kiedy przychodziło do nas dużo smakoszy tureckiej kuchni, już nie biegaliśmy ale fruwaliśmy z talerzami i wszystkim, czym tylko można, żeby klient był zadowolony. Usłyszałam nawet komplement od pewnego Anglika, z którym chwilkę rozmawiałam, że jestem bardzo czarująca i wartościowa osobą oraz że nie powinnam pracować tutaj zbyt długo. Miło było coś takiego usłyszeć. Kilka osób pytało mnie w pracy dlaczego momentami jestem taka zatroskana. Uśmiechałam się więc bo co ja właściwie miałam im powiedzieć. Przepytałam wszystkich pracowników, czy nie słyszeli o pokoju do wynajęcia w tamtej okolicy. Niestety nie słyszał nikt. Niepewność, która nie opuszczała mnie w tamtym czasie odbierała mi radość z czegokolwiek. Nie wiedziałam dokąd iść i miałam jeszcze ok. 70£. To chyba jest wystarczający powód żeby zmazać uśmiech z twarzy. Kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, zauważyłam że bardzo rzadko się uśmiechałam odkąd przyjechałam do Anglii. 
Drugi dzień pracy w Sofrze był dniem od kiedy na mojej twarzy zaczął częściej gościć uśmiech. Byłam wykończona ale zadowolona z pracy. Przede wszystkim z atmosfery, która tam panowała. Wróciłam do domu o 23:00 uprzednio zawiadomiwszy i przeprosiwszy Austinę, że wrócę tak późno. Następnego dnia o 7:00 rano do mojego pokoju weszła Austina i oznajmiła mi, że do następnego dnia mam czas na wyprowadzkę i że nie chce być zmuszona wzywać policję. Nie miałam siły, ochoty ani czasu na zastanawianie się nad sensem, motywem i powodem tych słów. Zobojętniałam. Nie miałam siły płakać bo i tak nic by mi to nie dało. Powiedziałam, że się staram, że szukam pokoju, ale to nie jest takie proste. Odparła, że ją to nie obchodzi. Zeszłam więc na dół i znalazłam kilka kolejnych ofert. Robiłam to codziennie przez kilka dni. Z niektórymi ludźmi w ogóle nie można było się dogadać bo słabo mówili po angielsku, a inne pokoje były już zajęte. Zadzwoniłam pod jeden z numerów. Pokój znajdował się w West Hampstead. Umówiłam się, że przyjadę o 18:00 tego samego dnia żeby zobaczyć to mieszkanie. Cena wynosiła 50 £ za tydzień.

Trening czyni mistrza. Praca szła mi coraz lepiej. Ponieważ teraz, odwrotnie niż do tej pory, kiedy coś szło zbyt dobrze, to zaraz okazywało się, że ma ukrytą wadę, wobec tego z całą powagą zapytałam Özgüra czy według niego nadaję się do tej pracy. Odpowiedział, że jest ze mnie zadowolony i wymienił rzeczy, które powinnam jeszcze udoskonalić. Te słowa dodały mi trochę otuchy. Około 18:00 wzięłam godzinną przerwę i udałam się do oddalonego o cztery stacje metra West Hampstead. Ulica nazywała się Kingdon Road. Po obu jej stronach ciągnęły się rzędy dużych białych domów jednorodzinnych. Okolica była dosyć przyjemna. Mieszkanie, które mnie interesowało znajdowało się na samej górze domu nr 11. Na kilku poziomach oraz na poddaszu mieszkało 5 dziewczyn i 3 chłopaków. Wszyscy byli z Nowej Zelandii. Niestety tak się składa, jak to zwykle na moje szczęście, że w domu nie było akurat Heidi, z którą miałabym dzielić pokój. Reszta mieszkańców nie mogła podjąć za nią decyzji. Miała być z powrotem dopiero w sobotę rano. Wyglądali na sympatycznych ludzi, mieli po dwadzieścia kilka lat i byli bardzo wyluzowani, po prostu wylightowani. Nic więcej nie mogłam powiedzieć. Stanęło na tym, że wrócę w sobotę o 11:00 żeby usłyszeć ostateczną decyzję Heidi. Myślałam sobie, że to miejsce byłoby dla mnie idealne – 10 minut na nogach do stacji metra, 10 minut jazdy do pracy, do tego 50£ za tydzień i fajni współlokatorzy. Pobiegłam z powrotem do pracy z nadzieją, że Austina pozwoli mi zostać o jedną noc dłużej. Pomyślałam, że w razie czego zapłacę jej za cały tydzień. 

W „Sofrze” zrobił się straszny ruch. Starałam się jak mogłam ze wszystkim nadążyć i mieć oko na jak największą liczbę stolików. W chwilach przestoju rozmawiałam z Özgürem i kelnerami po turecku. Ömer był moim nauczycielem. Zależało mu na tym żeby pokazać mi jak najwięcej i najskuteczniej. Potem każdy z osobna przedstawiał swoją wersję i technikę robienia różnych rzeczy, otwarcie negując, a przynajmniej poprawiając poprzednika. Chyba trochę się przede mną popisywali, co mnie bardzo bawiło. Byłam im wdzięczna za to, że w tak miły i wyrozumiały sposób mi wszystko tłumaczyli. Nie byłam tam jednak jedyną dziewczyną. Zdążyłam poznać dwie inne kelnerki. Jedna z nich, 22-letnia Senita pochodziła z Afganistanu, ale od dziecka mieszkała w Szwecji. Starała się zaskarbić sobie względy kelnerów z pracy, po trosze się mizdrząc, po trosze „podszczypując” ich, a to spojrzeniem, a to jakimś słówkiem. Zaczęła mnie pewnego razu wypytywać o moje życie, po czym dorzuciła, że na pewno nie mówię płynnie po turecku. Nie słyszała bowiem żebym rozmawiała w tym języku z załogą. Odpowiedziałam, że owszem mówię płynnie, ale Özgür prosił żebyśmy komunikowali się głównie po angielsku. Z niedowierzaniem odeszła do swoich obowiązków. Wróciła w momencie kiedy akurat któryś z kelnerów opowiadał mi po turecku jakieś zabawne zdarzenie z poprzedniego dnia. Rozmawialiśmy. Senita stała z boku i łypała na mnie okiem, nie kryjąc zazdrości. Dziecinada.

Po powrocie do Kingsbury powiedziałam, że wyprowadzam się w sobotę o 13:00. Nie usłyszałam nic w odpowiedzi. Następnego dnia Austina zapytała, co takiego do niej mówiłam poprzedniego dnia. Powtórzyłam, że nowi lokatorzy nie mogą mnie przyjąć wcześniej niż w sobotę o 13:00 i że zapłacę jej za cały ten tydzień, żeby tylko pozwoliła mi zostać jeszcze jedną noc. Odpowiedziała, że nie chce moich pieniędzy i nic ją nie interesuje. Mam iść do hostelu, do znajomych, gdziekolwiek, ale opuścić ten pokój tego samego dnia po południu. Znów miałam łamigłówkę. Bez śniadania ruszyłam w trasę w poszukiwaniu jakiegoś hostelu w pobliżu, przeglądnęłam też inne na Internecie. Nigdzie nie było wolnych pokoi. Zadzwoniłam więc do nowych znajomych i poprosiłam o numer telefonu do Heidi. Podjęli wspólną decyzję, że mogę się przeprowadzić i spać przez jakiś czas na rozkładanej kanapie. W jej pokoju miała przez jakiś czas mieszkać koleżanka z Australii. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Cieszyłam się, że udało mi się znaleźć rozwiązanie.
W domu zastałam Ceryla. Zapytał jak się mam. Odpowiedziałam, że staram się mieć dobrze. Był też ciekawy czy znalazłam miejsce, gdzie mogę się przeprowadzić. Odpowiedziałam, że nie. –Aha, w porządku… Usłyszałam w odpowiedzi z niewinnym uśmiechem w tle.

Nie wiem, z którego drzewa ci wszyscy ludzie się urwali. Wykazywali zero współczucia, zero chęci niesienia bezinteresownej pomocy. Przecież nie byłam kawałkiem plastiku tylko człowiekiem, który myśli, czuje, który też gdzieś na świecie ma swoje miejsce, życie, rodzinę i przyjaciół. Zaczęłam się pakować, nie miałam ochoty ich widzieć, zwłaszcza Austiny. Nie miałam przecież pretensji o to, że rozmyślili się co do zatrudnienia au-pair tylko sposób w jaki się mnie pozbywali. Austina była po prostu fałszywa. Na początku powiedziała, że mogę zostać nawet 2 lub 3 tygodnie dopóki nie ustabilizuję się finansowo i nie znajdę odpowiedniego miejsca. Zapewniała mnie, że oni będąc ludźmi z Afryki znacznie różnili się swoim podejściem do życia od Anglików i że czułaby się źle gdybym poszła gdziekolwiek, podejmując pochopną decyzję. Niedługo potem straszyła mnie policją.
Zniosłam obydwie walizki na dół – jedna ogromna, druga podręczna. Pożegnałam się z Cerylem i zaczęłam wychodzić, kiedy powiedział nagle, że mnie podwiezie na stację metra. Chociaż niechętnie jednak pożegnałam się z Austiną i podziękowałam jej za to, że mogłam zostać u nich przez ten tydzień. Jeśli oni nie mieli klasy to chociaż ja ją zachowałam. Nawet nie zapytała dokąd i czy w ogóle mam się gdzie przeprowadzić. Nie wyobrażam sobie tak po prostu wyrzucić kogoś z mojego domu, nie mając pewności czy ta osoba ma się gdzie podziać. Mówili, że są praktykującymi Chrześcijanami. To, co zrobili nie było ani chrześcijańskie, ani ludzkie. Ceryl podwiózł mnie na stację i uścisnął mnie wylewnie na pożegnanie. Cóż za wzruszająca scena, iście filmowa pt. „Żegnaj au-pair, ach żegnaj”. Kazałam przekazać mojego pozdrowienia dla Quenseya i powiedzieć mu, że jest słodki. Notabene przez ten czas okazałam mu więcej czułości niż jego własna matka. 

Ciągnęłam walizki jak juczny wielbłąd. Najpierw schodami w dół, potem w górę. Akurat na tych dwóch stacjach metra nie było schodów ruchomych. Kiedy w stanie wskazującym na zmęczenie dotarłam wreszcie do celu, miałam do pokonania jeszcze tylko ze sto schodów. Na szczęście pomógł mi jeden z lokatorów. Był bardzo sympatyczny, miał około 30 lat, dredy na głowie i firmę stolarską. To, że zgrana paczka przyjaciół zajmowała ostatnie piętro i poddasze tego domu, stwarzało duże możliwości fajnego spędzania czasu. Na pierwszym poziomie znajdowała się dosyć duża kuchnia, w której stał również stół, pół piętra wyżej były dwa pokoje i łazienka, kolejne pół piętra w górę salon z dwiema kanapami, z którego prowadziły schody na przeszklone poddasze. Na poddaszu były kolejne 3 łóżka. Potem już tylko jeden krok do góry i było się na dachu, z którego w dzień rozciągał się widok na londyńską panoramę i okoliczne ogródki, a w nocy na oświetlone łuną milionów świateł i pięcioma gwiazdami niebo. W domu można było znaleźć wszystko czego tylko dusza zapragnie w różnych spodziewanych i niespodziewanych miejscach, w dowolnej kolejności, układzie i konfiguracji. Jednym słowem: Szwarc, mydło i powidło. Nowozelandczycy żyli sobie po studencku i na luzie. Nie grzeszyli abstynencją i nie przejmowali się tym, czym nie warto było się przejmować. Nazywali siebie ki-łi, ludźmi z Nowej Zelandii.

Piątkowa praca w restauracji była wykańczającym maratonem. Chyba najbardziej zaprzyjaźniłam się z Ömerem i z Boną. Był jeszcze Orhan, kilku innych kelnerów i kucharzy. Ömer zawsze mi pomagał kiedykolwiek go o to nie poprosiłam, a Bona kazał mi wybrać sobie jakieś tureckie imię bo powiedział, że traktują mnie już jak rodaczkę. Od tego momentu Bona nie zwracał się do mnie inaczej niż Sultan. Śmiałam się, że jest moim starszym bratem. Ciągle pytał czy u mnie wszystko jest O.K i czy na pewno mam pieniądze. Özgür wybierał się w następnym tygodniu na kilka dni do Stambułu.

Za barem pracował Francuz – Greg. Kiedy zaczęłam z nim rozmawiać po francusku uświadomiłam sobie ile zdążyłam już z tego języka zapomnieć. Zmotywowało mnie to do otworzenia zardzewiałej pamięci. Mój turecki zdominował 4 lata ciężkiej pracy włożonej we francuski. Na szczęście miałam jeszcze książki przysłane przez mamę. Po północy nieżywa wróciłam do domu. Na dachu siedziała ekipa i świętowała urodziny jednego ze współlokatorów. Poczęstowali mnie szampanem. Ponieważ w tym dniu niewiele jadłam i wyczerpałam zapas energii, upiłam się jedną lampką musującego wina. Nieprzytomna położyłam się na swojej kanapie i oddałam się w ramiona Orfeusza. 

Następnego dnia okazało się, że oprócz 50£ każdy zrzuca się po 25£ tygodniowo na jedzenie i inne niezbędne zakupy. To mnie nie ucieszyło. Zapytałam czy mogłabym jakoś ominąć ten zwyczaj skoro i tak będę jadła w restauracji. Zredukowali mi więc moją opłatę do 15£ tygodniowo. Żeby mimo wszystko więcej zarobić w tym kraju niż wydać, postanowiłam chodzić do pracy pieszo. Zajmowało to jak się okazało 45 minut spacerem w równym tempie. Miało to dodatkowe zalety: poznawałam miasto, spalałam jeszcze więcej kalorii, poza tym ruch podnosi poziom serotoniny, hormonu szczęścia.

Sobota była Apokalipsą pod względem ilości klientów w restauracji. Akurat w ten dzień wypadał mecz Anglii z Portugalią, który zresztą Anglia przegrała. Być może z tego powodu klienci byli w tym dniu nie do wytrzymania. Skarżyli się na wszystko co tylko popadnie: danie główne zbyt wcześnie lub za późno podane, obsługa zbyt wolna, liczba stolików za duża, wszystko nie tak. Uganialiśmy się jak w ukropie, ale to i tak nie wystarczało. Jak zwykle późno, wróciłam metrem do pustego domu. Wszyscy wybyli na imprezę i na jakiś koncert do Hyde Parku. Potem sukcesywnie wracali budząc mnie co kilka godzin. Ostatnia pielgrzymka zawinęła do portu o 6:00 rano. Niedziela z pewnością nie należała do moich dobrych dni. Nawet Özgür nie był jak zazwyczaj cierpliwy. Zmęczenie chyba dało się we znaki. Kontaktowałam gorzej niż zazwyczaj, byłam dziwnie podenerwowana i marzyłam o tym, żeby ten dzień dobiegł już końca.


-5 mila-
Planować można tylko po cichu, we śnie lub na marginesie. Siedzisz przy biurku i planujesz: logicznie, symetrycznie, fantastycznie. Patrzysz, a tu za oknem życie płata ci figle.
Minął tydzień odkąd zaczęłam pracę w restauracji. Chodziłam do Sofry na nogach, wracałam do domu metrem. Już od kilku dni utrzymywała się nieznośnie upalna pogoda. Otrzymałam grafik na kolejny tydzień. Tym razem dostałam jeden dzień wolny. W poprzednim tygodniu przepracowałam w sumie 46 godzin. Dniem z dala od pracy miał być wtorek. Ponieważ manager już w środę wylatywał do Stambułu, życzyłam mu szerokiej drogi i prosiłam żeby pozdrowił ode mnie mój ukochany Stambuł. Miałam przed sobą perspektywę wolnego dnia. We wtorek było tak upalnie i przede wszystkim okropnie duszno, że pomimo szczerych chęci nie dałabym chyba rady nic zwiedzić w tym dniu. Wszyscy współlokatorzy padali gdzie popadnie jak muchy. A to na kanapach, a to na dachu. Żaden wiatrak ani żadna siła nie była w stanie poruszyć powietrza, które dosłownie utknęło w miejscu, szczodrze oddając temperaturę, do której rozgrzało je słońce. 

Mijał dokładnie miesiąc od mojego przyjazdu do Anglii. Nie do uwierzenia, jak wiele się wydarzyło w tak krótkim czasie. Dwukrotna przeprowadzka, dwukrotna zmiana pracy i otoczenia. Sama nie mogłam uwierzyć w to, że udało mi się wyjść z tych opresji cało i do tego ze względnym sukcesem. Miałam dach nad głową w doskonałym położeniu od pracy, zarabiałam nie 60£, a przynajmniej 200£ tygodniowo i nikt się mnie nie czepiał, że znalazł pięciomilimetrowy kawałek skórki od arbuza w zlewozmywaku. Byłam wolna choć nie do końca wolna od niepewności, czy aby na pewno już nic nie ulegnie zmianie. Nie minął jeszcze tydzień odkąd zakwaterowałam się pod numerem 11 przy Kingdon Road. Byłam w jednej czwartej drogi na swój londyński Mount Everest. Kolejne dni zlewały się ze sobą. Praca, praca, praca… 10,11,12 godzin dziennie… co za różnica. 
Atmosfera w „Sofrze” była świetna, bycie kelnerką wyczerpujące. Mimo to uważam, że było to najlepsze zajęcie w najlepszym miejscu, jakie mogły mi się trafić. Momentami byłam wykończona, ale przynajmniej dzięki temu wiedziałam, że żyję. Co do współlokatorów to najsympatyczniejsi byli ki-łi płci męskiej. Dziewczyny raczej unikały kontaktu ze mną. Nasze konwersacje ograniczały się do pytania o to jak się mam i jak mi leci w pracy. Moje wszelkie próby podjęcia szerszego dialogu nie spotykały się z ich aprobatą. Byli zgraną paczką, mieszkali razem od paru ładnych lat. Rozumiałam to, że ktoś może nie mieć ochoty na kurtuazyjne wstawki w stosunku do nowicjusza. Praca i tak pochłaniała tyle mojego czasu, że przebywanie w domu ograniczało się do noclegu i zjedzenia śniadania.

Huseyin Ozer i Boris Johnson
Restauracja jest miejscem, gdzie dokonać można ciekawych obserwacji. Przychodzą do niej ludzie wywodzący się z różnych środowisk. Można by podzielić ich na typy ludzkie zróżnicowane pod względem wyglądu, nastawienia do swojego ‘ego’ i zachowania w stosunku do obsługi. Ponieważ „Sofra” była lokalem na pewnym poziomie, naszymi częstymi gośćmi były wyfiukowane panie w przedziale wiekowym od 20 do 70 lat. Wchodziły dumne i z podniesionym czołem, często przebrane, a nie ubrane, drobiły kroczki do swojego stolika jakby ledwo zauważając ludzi i otaczające je przedmioty. Jeśli jeszcze do tej pory z żadnej strony nie padł w ich kierunku ani jeden komplement, już lekko nastroszone zasiadały na swoich tronach. Minutę osiem później wyjmowały z torebki od Gucciego lusterko od Chanel i z ceremoniałem oraz skupieniem, jakiego wymagała sytuacja, poprawiały wszelkie braki niedoskonałości. Przychodziły z koleżankami lub z mężami. Jako żony modne czuły się pewniej siebie. Zapewne pewności siebie dodawały im też godziny spędzone na solarium, niezależnie od pogody przyklejone do nosa okulary przeciwsłoneczne na połowę twarzy, świecidełka, ozdóbki, ubrania, perfumy i kosmetyki. Z drugiej strony była to strategia, której nie powstydziłby się sam David Coperfield. Po zrzuceniu masek zawsze przecież mogły powiedzieć, że to nie były one. Zwłaszcza te starsze egzemplarze cechowała widoczna w oczach zazdrość dla tego, co młode i naturalnie piękne. Jak morskie gąbki raf koralowych chłonęły wszystkie komplementy, które wysyłali pod ich adresem kelnerzy. Nie sądzę, żeby interesowała je ich szczerość bądź jej brak. Każdy komplement był jednym punktem, zadośćuczynieniem za wysiłek jaki włożyły w swoją powierzchowność. Patrząc na nie myślałam sobie, że były idealne i tak bardzo niedoskonałe. 
Drugą grupę stanowili klienci zawsze zadowoleni, tolerancyjni, wyrozumiali, chcący nawiązać serdeczny kontakt z obsługującymi ich kelnerami. Nie narzekali i nie smęcili z byle powodu, a z ich stolika dobiegały salwy śmiechu. Cechowała ich afirmacja spędzonych w swoim towarzystwie chwil.
Do trzeciego gatunku należeli zawodowi malkontenci, którzy byli w stanie policzyć ziarnka soli i pieprzu na talerzu, potem pomnożyć je przez liczbę swoich pretensji i sukcesywnie zdawać nam z tego relacje. Kiedy sytuacja była poważniejsza, udawali się do managera urządzając mu dziesięciominutowe kazanie.

Czułam się osamotniona. Być wśród ludzi wcale nie oznacza, że nie jest się samym. Nowozelandczycy, z którymi mieszkałam nie mieli potrzeby chęci bliższego mnie poznania. Jedynym miejscem gdzie czułam się lubiana, potrzebna i w pełni akceptowana było moje miejsce pracy. Rozmowy z kolegami dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Zaczynał się między nami tworzyć rodzaj braterskiej więzi. Dbali o mnie jak o swoją najmłodszą siostrę, Sultan. Praca jest jednak mimo wszystko pracą i tak naprawdę oprócz przerw nie mieliśmy za wiele czasu na rozmowę. W momentach największej zawieruchy rzucaliśmy tylko do siebie jakieś urywane zdania, pojedyncze słowa, zawadiackie uśmiechy i wymowne spojrzenia komentujące fochy klientów. To było niezbędne, żeby nie zwariować od nadmiaru powagi.
Pewnego dnia po skończeniu pracy o 23:30 nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Tak bardzo nie chciało mi się wracać do domu. Ömer i Orhan zamykali restaurację. Po pracy mogliśmy jeść i pić co tylko dusza zapragnie. Sączyłam więc malibu i inne trunki, przegryzając je truskawkami i pistacjową baklawą. I tak nie miałabym już czym wrócić do domu. Metro było tego dnia czynne do 24:00.
Byłam zbyt zmęczona żeby iść do domu i zbyt zmęczona żeby zostać. Siedziałam sobie z boku i przyglądałam się jak Orhan liczył pieniądze, zamykał kasę fiskalną, porządkował dokumenty. Ömer sprawdzał jeszcze rachunki z kart kredytowych i przeliczał czy wszystko się zgadza. Trwało to mniej więcej do 3:30 nad ranem. Chciałam wracać do domu na nogach, ale Ömer mi zabronił. Padał deszcz i było zimno. Wsiadłam z nimi do autobusu jadącego do Picadilly Circus. Tam znaleźliśmy autobus jadący do West Hampstead. Wracałam do domu w strugach deszczu, w klapkach i na szczęście z parasolem. Spałam cztery godziny. Następnego dnia miałam być w pracy na 12:00. 
Ta niedziela była dla mnie bardzo ciężkim dniem. Stałam za barem. Rozkładało mnie zmęczenie. Bona wyszedł z pracy wcześniej, żeby zdążyć na mecz finałowy Francji z Włochami. Zauważyłam, że poszedł bo żarty z nim powodowały, że czas mi szybciej leciał. W tym dniu na szczęście nie było zbyt wielu klientów. Wymarzona sytuacja. Ze wszystkim byliśmy na czas a bar błyszczał. Wracałam późnym wieczorem, chcąc nie chcąc na fali zwycięstwa Italii. Szalony i rozkrzyczany tłum Włochów ciągnął ulicami, samochody trąbiły na wiwat.

Weszłam do kuchni żeby się czegoś napić. Spotkałam tam Heidi. Zapytała czy szukam już nowego domu bo do nich wkrótce przyjedzie para znajomych z Nowej Zelandii i dla mnie nie będzie już miejsca. Moje nadzieje na to, że zostanę w tym domu do końca pobytu prysły jak bańka mydlana. Z drugiej strony byłam jednak zmęczona ciągłym spaniem na kanapie i tym, że byłam budzona powrotami imprezowiczów oraz włączaniem telewizora na cały regulator w środku nocy. Niechcący trafiłam ze skrajności w skrajność. Bawiły mnie wyszukane konwersacje współlokatorów, kiedy gromadzili się w salonie  i komentowali miniony dzień. Były to zdania w tylu: „To był pieprzony dzień”, po czym ktoś dorzucał: „Tak, to był cholernie pieprzony dzień”. Niedługo potem zobaczyłam ogłoszenie w Internecie, że szukają kogoś z Nowej Zelandii.

Tekst: Karolina Markocka
Zdjęcia: wykorzystano zdjęcia prasowe restauracji SOFRA www.sofra.co.uk